05.01.2010

Styczeń 2010 po Uralsku

Dziś wróciłam z Uralska po dwudniowym wyjeździe z grupką dzieci i młodzieży, przygotowujących scenkę na Boże Narodzenie i jestem tak padnięta, że zaraz zmienię miejsca z przybiurkowego fotela na wygodne łóżeczko, ale po przeczytaniu świeżego posta Przemka muszę choć kilka zdań napisać. Bo dziś akurat byłam w obydwu opisanych w nim miastach. Rano udało nam się wyjechać z Uralska pomimo strasznych warunków na drodze i niepewności, czy w pewnym momencie na trasie nie okaże się, że droga jest jednak zamknięta (w ogóle droga!!! 500 km i praktycznie ani jednego skrzyżowania ani przejazdu przez miasto… i step w końcu zobaczyłam, i konie i krowy i owce i barany i nawet… wielbłądy!!! a odwiedzenie przydrożnej toalety bez drzwi to dopiero ciekawe doświadczenie – bieszczadzka Chatka Puchatka się chowa!:), a po południu ok. 17 byliśmy już z powrotem w „naszym” Atyrau (wzięłam w cudzysłów tylko z politycznej poprawności, bo tak naprawdę to już w jakiś przedziwny sposób identyfikuję się w pełni z tym naszym miasteczkiem:). Co chciałam tylko napisać to to, że tam w Uralsku poczułam się niejednokrotnie jak na oazie. Nie było oczywiście rekolekcyjnego programu, bo dla naszych aktorów, którzy włożyli w przygotowanie przedstawienia sporo wysiłku, był to zasłużony wypoczynek (nie mylić z porządnym wyspaniem się; takie pomysły normalnym dzieciom nie przychodzą do główek – zwłaszcza na wspólnych wyjazdach), ale atmosfera była. Były zresztą wspólne modlitwy rano, wieczorem (przychodzili bez wołania punktualnie!!!) i przy posiłkach i braliśmy też udział w parafialnych Mszach świętych. I był pogodny wieczór! I jeszcze nieformalne pogodne popołudnie :) Z utrzymaniem dyscypliny były spore kłopoty, ale przeżyliśmy… Bardzo się cieszyłam, że mogłam z nimi pojechać, bo pierwszy raz miałam z nimi taki bliższy kontakt. Byłam w pokoju razem z 5 dziewczynami – przypomniały mi się oazowe pokoje, czy to z gimnazjalistkami (gdzie z początku zwykle chciałam ukryć się gdzieś przed ich hałaśliwością i roztrzepaniem, ale po dwóch tygodniach znowuż nie chciałam się rozstawać) czy ze starszymi dziewczynami (gdzie z początku zwykle jest dość sztywno i niezręcznie, ale później… przy okazji ściskam Starą Łubiankę!) – choć tutaj było trochę trudniej, bo dziewczyny raczej trzymały się w swoim gronie, troszkę nam się udało porozmawiać, np. o powołaniu, ale przy takich tematach to już moje umiejętności językowe wysiadają… Ministranci to w ogóle są tutaj dla mnie nieustannym świadectwem, że Pan Bóg kocha każdego człowieka i ma swoje drogi dla każdego. Z Nikitą i Smadziarem (nie wiem, jak poprawnie zapisać jego imię) można nie tylko pożartować, ale też poważnie porozmawiać. Są odpowiedzialni i gotowi do pomocy. Sasza w ogóle był nieznośny ale jakoś tak noszę go w sercu. Mały Wowka to wypisz wymaluj mój Michałek. I jeszcze była taka Violetka z nami –której byłam osobistą opiekunką ale to ona mi opowiadała „skazki” na dobranoc! I w ogóle byłam przekonana prawie do końca, że ma 12 lat, a ona ma dopiero 9… Towarzyszyła mi w kościele i patrzyła z zainteresowaniem na brewiarz. No i takie różne doświadczenia właśnie podtrzymują na duchu! Ale już kończę, bo dziś nie zdobędę się na nic głębszego. Umocnienie na duchu nie zawsze idzie w parze z umocnieniem fizycznym… :) Zdjęcia później!

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

Stara Łubianka pozdrawia też :):) Buziaki animatorko :*
Karolina =)