Czekałem z niecierpliwością na pierwsze wieści z Kazachstanu naszej kolejnej wolontariuszki, gdyż podróż z kilkoma przesiadkami zawsze może przynieść niespodziewane przygody. Do Sylwii Gastoł dołączyła Agata Kamińska, która pochodzi z Cieszyna, gdzie była animatorką, a później jej drogi prowadziły do Opola na teologię i do Krakowa na dziennikarstwo, przed wyjazdem pracowała w Salezjańskim Wolontariacie Misyjnym. Gra na gitarze, klawiszach, śpiewa, zna język angielski, więc na pewno talentu i umiejętności jej nie brakuje, tak więc zajęć na wolontariacie też jej nie zabraknie:) Pamiętajmy o dziewczynach w modlitwie, kliknij "więcej" i przeczytaj o pierwszych wrażeniach Agaty z Kazachstanu. Marcin
Kazakhstan, priviet!

Na lotnisku w Atyrau przywitał mnie ks. bp Janusz Kaleta. Po odnalezieniu mojej „skromnej” gabarytami walizki z żółtą kokardą ruszyliśmy do samochodu i stamtąd na parafię, na śniadanie. Ksiądz przypomniał mi o zmianie czasu i tak oto z 4ej nad ranem zrobiła się 6ta! (w Polsce 2ga w nocy, u moich przyjaciół w Peru jeszcze poniedziałek i 16ta!) To niesamowite, pomyślałam. Na miejscu przywitały mnie serdecznie siostry Elżbietanki, które mieszkają obok kościoła i służą swoją obecnością i pracą tutejszym dzieciom i młodzieży, i jeszcze radosne spotkanie z Sylwią, wolontariuszką z Polski, która jest w Atyrau już kilka miesięcy, a z którą, jak dotąd znałam się tylko z rozmów przez skypa. Na „dzień dobry” usłyszałam, że przywiozłam im śnieg, chociaż w Polsce niewiele go wtedy mieliśmy.. i tak, obraz dzieci tarzających się w śniegu i odgarniających go skąd tylko się dało, był już codziennością. A jaka to była dla nich radość! Niestety, nie wiedzą, co znaczy zjeżdżać „z górki na pazurki” na jabłuszku lub sankach – wszędzie tu płasko..
Wspólnie zjedliśmy uroczysty obiad ugotowany, jak zapewniały siostry, z okazji mojego przyjazduJ. Później sporo rozmów, poznawanie otoczenia i funkcjonowania tego miejsca. Dzień upłynął mi bardzo szybko i niebawem regenerowałam już siły po podróży w wygodnym łóżku.

Dowiedziałam się od ks. Biskupa, że będę jednak w Uralsku, tam jestem bardziej potrzebna. Niebawem więc przyjechał ks. Janusz, proboszcz parafii w Uralsku i razem wybraliśmy się w drogę przez stepy na północ, blisko granicy z Rosją. Bóg był dla nas łaskawy, bo droga tego dnia była czysta, mimo padającego wcześniej śniegu i silnych wiatrów. Po drodze kilka razy mijaliśmy cmentarze wybudowane pośrodku samego pustkowia: prawosławne, muzułmańskie... Miałam szczęście zobaczyć wielbłądy: całe stado zwierzat „ubranych” w brązową puchatą sierść pasło się na stepie tuż obok drogi, podobnie konie i owce.

Nasze siostry Elżbietanki służą tutaj ponad rok. Były obecne przy otwarciu kościoła, teraz zajmują się dziećmi, młodzieżą i starszymi parafianami. Ks. Janusz oprowadził mnie po plebanii i salkach. Uczestniczyłam w eucharystii, modlitwach i wspólnych śpiewach. Wszystko w nowym jeszcze dla mnie języku rosyjskim. Oprócz ks. Janusza jest także ks. Peter, Słowak. W domu przy plebanii mieszka z nami Masza i jej siostra Ania, które studiują w Uralsku, a przyjechały z Atyrau.

Pozdrawiam serdecznie i proszę, pamiętajcie o Nas w modlitwieJ.
2 komentarze:
Agata, od 28 stycznia minęło już prawie 3 miesiące! Żadnych nowych relacji? O Sylwi to już w ogóle nie wspomnę - nic tu nie widzę jej wpisów. Dzielcie się z nami dziewczyny tym co tam się dzieje, Waszymi przeżyciami...
Świetna sprawa. Pozdrawiam serdecznie.
Prześlij komentarz