29.11.2009

Listopadowy Kazachstan


Szczęść Boże!
Na początek banalne stwierdzenie: dawno nie pisałam… Tak jakoś nie „połuczyłos” (księże Piotrze, u nas też od czasu do czasu można to słówko usłyszeć:)
Ale czas nadrabiać!
Adwent już się zaczął, jednak u nas przygotowania przedświąteczne – w sensie przed Świętami Bożego Narodzenia – będą widoczne tylko w kościele, bo cały „supermarketowy rwetes christmas’owy” do Kazachstanu jeszcze nie dotarł. Być może na szczęście? Może będzie można dostrzec prawdziwy sens tych wszystkich przygotowań. Tutaj jest inna kultura, zanurzona w tradycji muzułmańskiej. W piątek dowiedziałam się co nieco od uczniów, ponieważ w Kazachstanie był przez cały weekend wielki „praznik” (święto) – zakończenie muzułmańskiego postu. Mówiono mi, że ludzie będą na ulicach przed domami barany ubijać i zaprawiać na ucztę… I faktycznie widziałam tego typu akcje przed blokami, sąsiadującymi z kościołem. A nam karpia z wanny szkoda…
Z tych baranów przyrządzają potem „biszparmak” – to taka tradycyjna potrawa w Kazachstanie. Jeszcze nie próbowałam, chociaż już dziewczyny z jednych zajęć mnie zapraszały. Na razie nie dałam się wyciągnąć, ponieważ już przekonałam się, że wobec nieznajomych obowiązuje zasada bardzo ograniczonego zaufania. Niestety działa tutaj dosyć prężnie służba bezpieczeństwa (KNB), której obiektem zainteresowań są wszyscy obcokrajowcy, przebywający na terenie Kazachstanu. Więc chyba mam już jakąś teczkę – aż nie mogę uwierzyć, że to piszę :) To nie jest niebezpieczne, ponieważ im chodzi tylko o zbieranie informacji, ale trochę przykra jest świadomość, że nie wszyscy są mili ze szczerego serca i nie wszystkie pytania wynikają tylko i wyłącznie z tzw. „babskiej” ciekawości (na szczęście jest jeszcze takie coś jak „kobieca intuicja”, przed którą żadna obłuda się nie skryje:). Na zajęciach wśród chętnych do nauki języków są więc też osoby podstawione, czemu wciąż nie mogę się nadziwić… Co nieco o tego typu systemie wiem z historii Polski, ale jednak nie wyobrażałam sobie. Ot, choćby dziś od jednej dziewczyny, którą widziałam przelotnie po raz drugi, usłyszałam niby to niewinne pytanie: czy mam numer komórkowy? Bo ona by chciała tak „abszjaćsja” – zaznajomić się… Od razu się człowiekowi czerwone światełko włącza w środku, jak słyszy ten czasownik. Podziękowałam zwięźle, tłumacząc, że owszem mam, ale nie rozdaje numeru na prawo i lewo.
Nie chciałam zaczynać od negatywów, ale pomyślałam, że ważne jest, żeby przedstawiać na tym blogu pełny obraz naszego życia tutaj. A jak ono przebiega poza tym? Czas szybko płynie. Zwykle zdaję sobie sprawę z tego, że jest poniedziałek… a potem nagle już piątek się kończy… W weekend z jednej strony mogę odpocząć od zajęć, z drugiej już myślę, co przygotować na nowy tydzień. Właściwie ten pierwszy kurs jest już za połową. Zostały tylko 3 tygodnie – później przerwa świąteczna. Podtrzymuję to, co pisałam poprzednio – praca mi się podoba. Niektóre osoby o słomianym zapale się wykruszyły, ale raczej mnie to cieszy niż martwi. Ilość się zmniejszyła, ale jakość wzrosła. Motywacja uczniów wzmacnia moją motywację!!! Dzieci chodzą wzorowo! U młodzieży grupy się zmniejszyły, ale za to lepiej się dogadujemy. Przypomniało mi się, jak na jednych zajęciach nastąpił wybuch ciekawości… Bo ja to w ogóle nie wpadłam na pomysł, żeby się przedstawić na początku kursu, tzn. wiecie, powiedziałam, jak mam na imię i wsio. Jak mi się przypomniało, to jeszcze mówiłam, że przyjechałam z Polski i będę tu pracować przez rok jako wolontariusz. A ewentualnie jak się rodziły spontanicznie jakieś pytania, to po prostu dopowiadałam. Dzieciaki to np. się nie krępują, jak czegoś nie wiedzą, to prosto z mostu pytają. A młodzież, zwłaszcza dziewczyny, są tutaj dość nieśmiałe (wyjątek: te, które chciałyby „obszjaćsja”:). Tak przynajmniej z moich dotychczasowych obserwacji wynika. No i w jednej grupie dla młodzieży (prawie same dziewczyny, jeden chłopak Aibolat – który zresztą ostatnio przyszedł nawet na chór angielski i Mszę – był pierwszy raz w kościele) – na pewnych zajęciach dziewczęta eksplodowały. Czy mam męża? Chłopaka? Na ile przyjechałam? Jaki mam zawód? Czy gdzieś pracowałam? Wreszcie: DLACZEGO tutaj przyjechałam? Nie chciałam się rozgadywać za bardzo, bo to w końcu lekcja :) ale w sumie pomyślałam, skoro sami pytają, to mogę powiedzieć, że mój wolontariat to z jednej strony nauka języków, a z drugiej pomoc dla Kościoła.
A co w Kościele się dzieje? Najwierniejszymi parafianami (choć nie zawsze katolikami) są nasi ministranci, którzy na terenie kościoła spędzają wiele czasu i prawie codziennie są na Mszy. Mimo że przychodzą z wielu powodów: tak w ogóle, bo lubią się spotykać i razem spędzać czas – pograć w piłkarzyki, ping-ponga (a jeśli nic się nie dzieje, to zawsze i wszędzie można potrenować zapasy…), jest tu cieplej niż na dworze (chociaż jakby się ktoś pytał, to mamy tu piękną jesienną pogodę – dziś w ogóle słoneczko pięknie przygrzewało!), nie lubią „walacsja doma”, to jednak bardzo podziwiam ich wytrwałość – czy to Różaniec, czy Nieszpory, czy Eucharystia – są i modlą się :) Bardzo pozytywne! Jest więc tutaj duże pole do działania, żeby nie zostawiać ich tak tylko samych sobie, ale wychodzić im naprzeciw z konkretnymi propozycjami – wychowywać i formować. Ja niestety jestem jeszcze na etapie po prostu zaznajamiania się, bo w poważniejszych rozmowach daje się we znaki niedobór rosyjskich słówek i gramatyki… A poza tym nie ma zbyt wielu osób, wobec których można prowadzić działalność duszpasterską. Jest to na pewno przygnębiające, szczególnie dla osób duchownych. Księża muszą wiele czasu spędzać w różnych urzędach, gdzie nikt się niczym nie przejmuje.

W niedzielę tydzień temu ksiądz biskup zabrał kilku ministrantów na łyżwy. Ja też się załapałam i jeszcze Lena (moja nauczycielka od rosyjskiego) z nami pojechała i siostra Filipa. Niedawno w Atyrau oddano do użytku dość duże lodowisko (ok 3x większe niż „Malta” w Poznaniu). W niedzielę było oczywiście sporo ludzi, ale dało się spokojnie jeździć – ewentualnie czasami się na kogoś wpadało...:) Ministranci tylko dzięki księżom, którzy częstokroć zastępują im ojców, nauczyli się jeździć. Zimą w ogóle zamarza rzeka Ural (od kościoła jest jakieś 2 minuty pieszo nad rzekę), więc będziemy mogli chodzić na łyżwy za darmo. Fajnie, może się trochę podszkolę, bo na razie to „katajus na kańkach” poniżej przeciętnej :)
Nie pisałam jeszcze, że Ural stanowi granicę między Europą a Azją, więc Atyrau jest miastem położonym na dwóch kontynentach – my jesteśmy w Europie :)

Jeszcze kilka słów o dzisiejszej niedzieli. Bo z tych moich relacji może wynikać, że mizernie wygląda nasza wspólnota parafialna. O ile w ciągu tygodnia można faktycznie wpaść w przygnębienie, to niedziela zawsze daje szansę na to, aby napełnić się wiarą. Kościół pełny, zwłaszcza o godzinie 11, na Mszy rosyjskiej. Liturgia piękna, dla mnie najbardziej urzekający jest śpiew: melodie „Otcze nasz”, „Agniec Bożyj” (Baranku Boży) oraz „Angieł Gaspodzień” (Anioł Pański, śpiewane zawsze po tej Mszy – wszyscy stoją, nikt nie wychodzi przed zakończeniem!) po prostu chwytają za serce! Postaram się kiedyś nagrać choćby fragment, choć to na pewno nie będzie to samo…
Dzisiaj po Mszy było spotkanie pań z Żywego Różańca. Jest ich 10: dwie róże po pięć osób. Znów nie liczy się ilość, lecz jakość. Te panie to żywy obraz świętości. Uważam, że warto było całego zachodu z zakładaniem Kościoła w tej części świata, choćby nawet miało to być tylko dla tych kilku osób…

Radek ostatnio napisał posta o ofiarności Polaków. Ja chciałabym podziękować z całego serca za wszelkie ofiary, złożone na cel misji w Zachodnim Kazachstanie. Przed wyjazdem doświadczyłam tyle dobroci ze strony rodziny, przyjaciół, znajomych jak i nieznajomych, a i po wyjeździe co chwilę spotykam się z wyrazami zaangażowania w tę sprawę.
Ale chciałabym również podzielić się radosnym spostrzeżeniem, że również Kościół w Kazachstanie jest ofiarny! Parafia w Atyrau może praktycznie utrzymać się z własnych składek, a jeszcze przeprowadzane są różne dodatkowe zbiórki, jak np. w nadchodzące dwie niedziele – będziemy zbierać składki na utrzymanie kuchni dla biednych w Aktjubińsku (a to pobliska parafia, oddalona o jedyne 600 km;). Niedawno czytaliśmy Ewangelię o ubogiej wdowie – dzielić się ze swego niedostatku, to sztuka! Zaczęłam od mniej przyjemnych spraw, a zakończę tym optymistycznym akcentem! Na następny raz obiecuję więcej zdjęć! :)

Dobrej nocy! Z Bogiem!
Magda

23.11.2009

O tacy, wpłatach i innych rodzajach pozbywania się pieniędzy

Co prawda było to już ponad tydzień temu, ale muszę się tym z Wami podzielić. Otóż byłem na mszy niedzielnej u Pallotynów na ul. Skaryszewskiej (w Warszawie ofkors). Tam kazania akurat głosił ks. Oleg z miejscowości Mir na Białorusi. Przy okazji zbierał pieniądze na ogrzewanie w swoim kościele. I to, co mnie udeżyło, to jego słowa o nas: że nie spotkał się w żadnym innym kraju z taką ofiarnością jak właśnie w Polsce. Choć jest wiele krajów bogatszych,to trudno im jest się dzielić. To głównie dzięki nam stoją za wschodnią granicą kościoły! To dzięki naszej pomocy Kościół może tam jako tako funkcjonować! Myślę, że ku pokrzepieniu naszych serc warto to usłyszeć. Daje to motywację aby wspierać dzieła Kościoła w dalszym ciągu. :)
O Was, drodzy Wolontariusze-Misjonarze pamiętamy w codziennej modlitwie i również w czwartek będziemy się za Was modlić w większej grupie!
To tyle na razie. :]
Radek

16.11.2009

Dziękczynienie i dalsza prośba o modlitwę – m.in. za braci w Mołdawii

Od Murowane Kuryłowce
Chcemy Wam podziękować za modlitwę.
Przez ostatnie miesiące był z nami w Gwardijskim Ks. Paweł w oczekiwaniu na dokumenty potrzebne do wyrobienia następnych dokumentów pozwalających na pracę w Murowanych Kuryłowcach, dokąd we wrześniu posłał go Ksiądz Biskup Leon. Pisałem Wam o tej decyzji już miesiąc temu w notatce o naszej wizycie w Dźwiniaczce… (Ale św. Abp. Zygmunt Szczęsny Feliński tez się tułał tutaj po tych stepach...).
Od Stepy i inne widoki
Wiedziałem, że mamy prosić Was o modlitwę (m.in. za ks. Pawła), ale jakoś tak się „ne połuczało” (to chyba najczęściej tutaj używane słowo oznaczające niemożliwość wykonania czegoś). A poprosiłem tydzień temu – i zobaczcie – Pan Bóg Was posłuchał. Dziś – we wspomnienie Ostrobramskiej Matki Bożej Miłosierdzia przyszła wiadomość, że w Kijowie podpisana dziś została zgoda na pobyt ks. Pawła w Ukrainie w charakterze duchownego. Dzięki Bogu! I Wam!
Od Osoby do opublikowania
Bo ks. Paweł sporo pracował przez ten czas tu u nas w Centrum Ewangelizacji – i był w tym niezastąpiony – ale skoro już jest proboszczem – to każdy ksiądz chciałby duszpasterzować wśród swoich parafian.
Od Mołdawia
Byłem też niedawno z ks. Pawłem w Mołdawii. „Czyńcie uczniów ze wszystkich narodów” – wiec „przekraczamy granice” dalej… W Bielcach są małżeństwa, które uczestniczyły kilka razy na rekolekcjach ewangelizacyjnych, a nawet na oazach DK dzięki pracy wspólnot z Wrocławia. Jednakże są oni w tej Mołdawii trochę osamotnieni w realizacji charyzmatu Ruchu. Księża z parafii – niezwykle ofiarni w swej pracy i odpowiedzialni, ale nie za bardzo wiedzą jak prowadzić Krąg Domowego Kościoła.
Od Mołdawia
Pojechaliśmy więc tam – spotkać się i zainteresować się nimi. Wspaniali ludzie i gościnni księża (oczywiście z Polski). Ale Mołdawia też jest ciekawa (na przykład dwukierunkowa droga z trzema pasami oddzielonymi linią przerywaną – środkowy pas do wyprzedzania – więc pierwszeństwo ma chyba większy samochód…) Dowiedziałem się też wreszcie co to dosłownie znaczy „Zbić z pantałyku” i zobaczyłem tam pantałyki na własne oczy (a wy wiecie? może jakiś konkursik? zapraszam do odpowiedzi w komentarzach).
Od Mołdawia
Jak znajdziemy materiały DK po rosyjsku – to na pewno użyjemy w Mołdawii. Ale przede wszystkim liczymy na znalezienie małżeństwa z Ukrainy, które jeździłoby pilotować ten krąg (albo może nawet i inne kręgi). A i ks. Paweł z Murowanych Kuryłowiec będzie miał do Bielc dużo bliżej…
Od Murowane Kuryłowce
Zaś ks. Jarek będzie w najbliższy weekend prowadził w Mohylewie kurs ewangelizacyjny „Tobiasz i Sara”. Zaprosiliśmy tam i mołdawskie małżeństwa. Mohylew Podolski – to najbliżej Mołdawii jak tylko można w Ukrainie: jest tam przejście graniczne, a kościół, w którym będą rekolekcje jest 200m od tego przejścia. Mimo tego – wiele tych małżeństw z Mołdawii nie może się zdecydować na przyjazd na tę ewangelizację. („Ne połuczaniesia” jest szerszym problemem krajów post-sowieckich.) A zaproszone są nawet małżeństwa z Kiszyniowa. Dlatego nadal prosimy o modlitwę – za te rekolekcje 20-22.11.09.
Od Nowe pawlacze na pościel
Za ks. Pawła też jeszcze trzeba się modlić: Teraz już tylko – piszę w skrócie - trzeba z tym dokumentem pojechać po wizę do Warszawy, dostać pozwolenie na pracę w Winnicy (nomen omen tak się nazywa miasto wojewódzkie), przedkładając kilka innych dokumentów, ale to już mały pikuś, zarejestrować się – już chyba tylko cztery, czy pięć załączników- i wsio. Spokój na cały rok!
Od kościół
A i u nas w domu, w kościele, w ruchu i w parafii jest potrzeba Bożych interwencji: Wymieniliśmy okna (znów DZIĘKI!!! niektórym z Was) choć z pewnymi „ne połuczeniami”… A dla młodzieży - organizujemy wyjazd na Europejskie Spotkanie Młodych w Poznaniu. Udaje się nieźle, ale ilość „ne połuczeń” mnie już przeraża przy organizacji tego wyjazdu. Ale o tym to już następnym razem...
ks. Piotr
Od Taize

10.11.2009

Cmentarze i grypa :o)

Od cmentarze i groby
Żyjemy – nie martwcie się aż tak – ale modlić się trzeba! Z resztą – na bocznym panelu naszego bloga dołączyliśmy (z prośbą o modlitwę codzienną za nich) oazowiczów, do których dołączyłem, i którzy dużo wcześniej przede mną wyjechali z Polski do Ukrainy, żeby budować tu Żywy Kościół. Mam nadzieję że w którymś kolejnym poście coś wiecej o każdym z nich napiszę. Może oazowi apostołowie z jakichś innych krajów też poproszą Diakonię Misyjną o codzienną modlitwę za nich? diakoniamisyjna@gmail.com
Od cmentarze i groby
Generalnie każdy z nas troszkę przeszedł walki z wirusami grypopodobnymi – ale to nie jest aż tak, jak media to pokazują. Podzieliliśmy się objawami chorobowymi: ja kaszlę, Basię boli gardło, ks. Jarek jest osłabiony, a ks. Paweł ma katar i kicha. A potem – zamiana. Każdy z nas troszkę się musiał leczyć. W każdym razie - dziękujemy Elwirze za paczkę z lekarstwami, która właśnie doszła. Masek na razie nie potrzebujemy.
Od Niwa

Ja się przeziębiłem jak mi nasz terenowy samochód się na zboczu jaru zepsuł nad Smotryczem, jak jechałem z Komunią Świętą do chorej i czekałem na kogoś, kto mnie stamtąd zabierze („terenowy samochód” czytaj: „stara Łada Niwa, która już przejechała prawie 200 tys. km; może komuś w garażu zawadza takie coś i by nam dał – bo „terenówka” jest nam niezbędna do niektórych dojazdowych wiosek zimą, a ta jest już naszą największą skarbonką; już nie mówiąc o czasie, który się strasznie dłuży za każdym razem gdy Niwa jest naprawiana). Na szczęście awaria była już we wsi i nie jechałem szybko. Bo jakby tak w błocie na zboczu albo przy dużej prędkości koło mi się zablokowało albo jeszcze gorzej - odpadło, to by było kiepsko.
Od Niwa

Chyba się wyratowaliśmy jednak przed tą grypą, co jest u nas teraz. Choć tak naprawdę wydaje mi się, że trochę jest przesady (jak zwykle u dziennikarzy) z informacjami nt. grypy na Ukrainie. Ale to nie świńska grypa tylko medialna, a przeziębienia zawsze bywają na jesieni.
Od Mołdawia

Ks. Paweł zaraził się chyba ode mnie w Mołdawii (a byliśmy, byliśmy – w Bielcach; ale o tym następnym razem), Basia na Kursie „Filip” dla młodzieży, a ks. Jarek na cmentarzach.
Od cmentarze i groby
No tak – cmentarze. My nie mamy jednej procesji na cmentarzach w listopadzie, tylko 18. Każda większa, szanująca się wioska ma swój własny cmentarz (a nawet dwa – bo jeszcze prawosławny). Pierwszą połowę listopada spędzamy więc na cmentarzach modląc się za zmarłych. Poza tym – wiele tu ludzi ginęło w ciągu wieków, z różnych narodowości i różnych kultur. Może ta czarna ziemia jest tak żyzna przez skarb krwi tych, co tu poginęli, a może poginęli, bo skarbem jest ta ziemia…?
Od cmentarze i groby

No właśnie – „różnych kultur”: groby chrześcijańskie i post – sowieckie. Co nam zostaje jeśli jest tylko ludzka chwała i ludzka pamięć (nawet za poświęcenie). Czy ci żołnierze leżący pod sowieckimi gwiazdami, z daleka od krzyży cmentarnych zmartwychwstaną do wspólnoty życia wiecznego, czy tam też mają być tak oddzieleni?
Od cmentarze i groby
Co nam zostaje bez życia wiecznego? Na jednym z grobów napis: „Nu wot i wsio, Halina”. Jak to „No i tyle, Halina”? To co na ziemi – to nie wszystko!!! Jeszcze jest ZMARTWYCHWSTANIE!!! Jak mawiała kiedyś pewna babcia przed śmiercią: „Do grobu dajcie mi jeszcze łyżeczkę do tortu – bo na zakończenie jest zawsze jeszcze coś najlepszego - pyszny deser!” Czyli Zmartwychwstanie!!!
Od cmentarze i groby

A na pomniku cmentarnym lepiej mieć obraz Jezusa Miłosiernego, czy może ciężarówkę, której oddałem całe swoje życie? Życie Wieczne też?
Od cmentarze i groby

Co nam po pomnikach, choćby nie wiem jak mocno wyryte tam były nasze nazwiska? (Hi 19, 23-27.) Na starym cmentarzu w Gwardiejskiem (dawniej Felsztyn) są zniszczone, zarośnięte krzakami i mchem resztki pomników cmentarnych z nazwiskami Felsztyńskich, Czuwasz, czy …
Od cmentarze i groby

Pokolenia przeminą, rodzina cała wymrze lub daleko się przeprowadzi historia się przetoczy po tych grobach. O naszym grobie i o nas kiedyś zapomną. Cała nadzieja w Chrystusie i w chrześcijanach, którzy aż do ostatnich dni będą modlić się na cmentarzach i głosić nadzieję: Pokój wam - Pan Śmierć Pokonał!
Od cmentarze i groby

05.11.2009

Wszyscy święci w Atyrau


Od kilku dni planowałam napisać kolejnego posta, ale wciąż dzień za dniem uciekał szybciej niż bym sobie tego życzyła. Ale cóż, nie jesteśmy od wyrażania pobożnych życzeń ale raczej od podejmowania pobożnych działań 
Minęły zatem prawie trzy tygodnie. Co się działo w tym czasie? Działania misyjne na placówce misyjnej? Hmm, nie zupełnie. A właściwie tak, zupełnie tak. Czasami życie jest takie proste, a my byśmy chcieli je tak komplikować. Proste słowa z Kany Galilejskiej: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”. No więc człowiek gotów byłby góry przenosić! A Bóg każe stągwie wodą napełnić – wyobrażam sobie, że słudzy z Kany mogli po cichu opatrzyć to polecenie Jezusa odpowiednim komentarzem. Po co to piszę w ogóle? Ano takie nawiązanie do Uroczystości Wszystkich Świętych mi się skojarzyło. Klucz do wszystkiego, klucz do świętości (czy to nie wszystko?) – to wypełnienie woli Bożej. Bycie sekretarką, zamiatanie ulic, robienie zakupów, pisanie książek, praca informatyka – wszystko to można (i według mnie powinno się) traktować jako misję, daną przez Boga. Wiele osób przed moim wyjazdem podkreślało w rozmowach, że u mnie to teraz będzie się coś takiego szczególnego działo, że zaczyna się moja „misja”, ale ja próbowałam przekonywać i teraz tym usilniej to powtarzam, że życie każdego człowieka jest misją. Wystarczy dopytywać Pana Boga każdego dnia, jaką część tej misji powinnam/powinienem dzisiaj wypełnić? Dokąd/do kogo jestem posłana/y?

Dobrze, ale już rozpisałam się na samym wstępie, którego wcale nie planowałam.
Chcecie raczej wiedzieć, co słychać w Atyrau  Co robiłam, kiedy nie pisałam? Najpierw były zapisy na kursy językowe, potem przygotowywałam się do rozpoczęcia zajęć, tzn. przygotowywałam pierwsze lekcje, a teraz już drugi tydzień prowadzę te lekcje. To tak w dużym skrócie „wsio”  Zapisy praktycznie nie były oficjalnie ogłaszane, ale ludzie z okolicy już od dawna czekali na ich rozpoczęcie, więc informacja rozeszła się błyskawicznie pocztą pantoflową. W ciągu dwóch dni zapisałam ok. 180 osób, potem zamknęliśmy zapis, chociaż ciągle nowi chętni przychodzili i chcieli się jeszcze dostać do którejś z grup. Nadal zresztą przychodzą. Grup jest w sumie 14, a godzin wychodzi coś ponad 20. Niemieckiego uczy się kilkanaście osób, reszta przychodzi na angielski: 3 grupy dzieci, 5 grup młodzieży na różnych poziomach i 3 grupy dorosłych. Na ile będą uczęszczać na zajęcia, to wykrystalizuje się dopiero za 2-3 tygodnie, już w pierwszym tygodniu nie wszyscy się zjawili – było ok. 130 osób. Dobrze, starczy tych danych statystycznych. Ale ogólnie było to dla mnie zdumiewające, że ludzie się tak garną na ten kurs. Jak na przykład próbowałam coś podobnego robić w Polsce – takie darmowe korepetycje dla gimnazjalistów przed egzaminem z języka obcego – to zainteresowanie było niewielkie, a przez cały rok chodziły sumiennie 2-3 osoby (a było dwóch nauczycieli!:).
Ogólnie na zajęciach jest fajnie  Dzieciaki są kochane i pocieszne, młodzież różnie: jedni trochę dokazują, inni cichutko siedzą, a dorośli super! Najbardziej mi się podobają grupy dorosłych „dlia naczinajuszich” – z takim namaszczeniem podchodzą do nauki angielskiego, że aż człowiek czuje powagę sytuacji! Panuje ogólnie sympatyczna atmosfera, ale niekiedy, jak coś tłumaczę, lub zapisuję na tablicy, jest taka cisza i skupienie, jak na egzaminie 

Ale tak w ogóle to był drugi wstęp, bo chciałam o czymś innym pisać  To właściwie było w ramach wytłumaczenia, dlaczego nie mam za bardzo czasu pisać na bloga. Otóż właśnie przygotowywanie tych wszystkich zajęć zajmuje mi sporo czasu. Tutaj jeszcze podziękowanie dla wszystkich, którzy po poprzednim moim poście odpowiedzieli na prośbę o materiały! A było sporo takich osób. Nie spodziewałam się takiego odzewu, więc tym bardziej się ucieszyłam! Dziękuję za pomoc, korzystam z niej! 

Chciałam napisać kilka słów o Wszystkich Świętych. Bo obchodziliśmy oczywiście tę uroczystość, ale nieco inaczej niż w Polsce. Nie trzeba było stać w korkach w drodze na cmentarz ani potykać się o znicze, czy wazony z kwiatami. Po niedzielnej Mszy o 11 jechaliśmy na cmentarz – ksiądz biskup zapraszał wszystkich obecnych. Jechaliśmy ok. 5-6 samochodami (w tym jeden bus) za miasto, gdzie są dwa ogromne cmentarze. Pierwszy raz je widziałam, dlatego tym większe zrobiły na mnie wrażenie. Pierwszy, muzułmański, widziałam tylko z daleka – takie murowane jakby zameczki, często z wieżyczkami. Drugi, który nawiedziliśmy, to cmentarz prawosławny, na którym porozsiewane w różnych miejscach są katolickie groby. Widok tego cmentarza wywołał we mnie dziwne uczucia. Załączam kilka zdjęć – sami spójrzcie.












Groby liche, nagrobki tylko gdzie niegdzie, ale wokół każdej mogiły musi stać płotek, który po rosyjsku ma specjalną nazwę podobno – „ograda”. Płotki są najróżniejsze, więc nie mogłam oprzeć się wrażeniu nieładu, chaosu. Kiedy to teraz napisałam, przyszło mi do głowy, że tak mogłabym wyobrazić sobie czyściec – być może to trafniej odzwierciedla realną sytuację tych dusz niż nasze wymuskane, idealnie wypielęgnowane mogiły. Ale modlitwa na cmentarzu była piękna. Było nas tam ok. 25 osób – głównie starsze parafianki, których bliscy spoczywają na tym cmentarzu. Jako że ich groby nie znajdują się w jednym miejscu, spacerowaliśmy po cmentarzu, zatrzymując się i modląc tam, gdzie one zaprowadziły.
Groby katolickie różnią się od prawosławnych krzyżem oraz usytuowaniem – zawsze w odwrotną stronę, tylko nie pamiętam w którą, chyba krzyżem w stronę zachodu. Może ktoś się lepiej orientuje?  Niektóre panie przyniosły ze sobą na cmentarz butelki z wodą święconą, którą polewały groby. Na tym cmentarzu leżą też „patronki” Atyrauskiego Kościoła – kobiety pochodzenia niemieckiego, dzięki którym przed lata nieobecności kapłana przetrwała na tym terenie wiara katolicka.

I z okazji oktawy Wszystkich Świętych modlimy się codziennie Różańcem przed Mszą Świętą. Ksiądz zapraszał parafian do udziału w tej modlitwie za dusze zmarłych – dzięki temu przychodzą takie dwie panie w ciągu tygodnia. Bo normalnie to w tygodniu najczęściej są siostry zakonne i ja  (w środę i piątek często ktoś jeszcze przychodzi). No i ministranci – gdy Msza jest wieczorem, zawsze któryś z nich jest. Dziś np. było aż pięciu. Misza i Sasza są prawie codziennie. W ogóle wczoraj w szkołach jesienne „kanikuły” się rozpoczęły. Dzieci mają tydzień wolnego. Dzięki temu w Centrum u sióstr panuje wesoły gwar nie do opisania. Ministranci urządzili tam dziś nawet boisko do nogi – w sali taneczno-teatralnej – grali w skarpetkach na panelach, więc raczej przypominało to hokej na lodzie… 

Na dzisiaj będę kończyć. Proszę o modlitwę za wszystkie działania podejmowane w naszej Wspólnocie. W Administraturze trwają różne inwestycje, m.in. budowa kościoła w Aktjubińsku. Z Panem Bogiem!
Magda

03.11.2009

PoOMowe świadectwo Ani z Wilna

Kochani, chciałabym podzielić się z Wami świadectwem z przeżytych rekolekcji. Najbardziej odczuwam owoce z przeżytych rekolekcji po ich zakończeniu. Analizując te rekolekcje myślę, że były jednymi z najlepszych w moim życiu Dlaczego najlepsze? Ponieważ, w czasie tych rekolekcji przeżyłam radość z bycia razem. Wspólne modlitwy, msze święte, adoracje, zabawy, spacery, posiłki, byliśmy jakby jedną rodziną. To niesamowite, kiedy spotykają się obcy ludzie, a Pan ich jednoczy, bo Bóg jest Jednością.

Przeprowadzone konferencje zostawiły wiele emocji, wrażeń i przemyśleń… Chociaż, przedtem wiedziałam, że Bóg mnie kocha i ma dla mnie plan, to w czasie tych rekolekcji uświadomiłam sobie i zrozumiałam, że Bóg mnie kocha taką jaką jestem.

Czas rekolekcji dał mi poznać wielką wartość wspólnoty dla mnie i dla innych. Wiele dobra Dobry Bóg udzielił mi przez wspólnotę, której doświadczyłam i doświadczam w oazie.

Takie są moje wrażenia z rekolekcji, uważam że rekolekcje bardzo udane i owocne. Serdecznie dziękuje wszystkim animatorom i organizatorom tych rekolekcji, Bóg zapłać.

Chwała Panu

Was kochająca
Ania B.

02.11.2009

Papieska Intencja Misyjna (listopad 2009)


Aby wierzący różnych religii, dzięki świadectwu życia i braterskiemu dialogowi, jasno ukazywali, że imię Boga jest zwiastunem pokoju.



Odsłuchaj komentarz do listopadowej intencji! Źródło. W ten sposób poznasz doświadczenia innych misjonarzy, co pozwoli Ci lepiej zrozumieć charakter misji (mnie również pomaga:)). Od razu przychodzą mi do głowy wspomnienia osób posługujących w Kazachstanie (ministranci - muzułmanie itp.). Magda, pamiętamy o Tobie w modlitwie! (o x. Piotrze też:D) R.