22.03.2016

Raport z Kenii cz.I

Habari ya Poland? : )

Mija już szósty dzień od kiedy jestem w Kenii, więc wypada w końcu coś napisać. Jutro wybieram się już do Pokot, więc jest ostatni dzwonek, żeby cokolwiek wysłać. Później już tylko whatsapp.


A więc wylądowałem w Kenii w czwartek rano. Na lotnisku czekał już mój dobry znajomy, Peter, który zabrał mnie samochodem do Don Bosco Utume, dużego ośrodka salezjańskiego, w którym mieszkam. Po drodze odwiedziliśmy centrum handlowe, żeby wypłacić pieniądze oraz kupić kartę do telefonu. Po dotarciu na miejsce zostałem przywitany przez wolontariuszy ze Słowacji, którzy pracują w centrum dla dzieci ulicy. Po południu spotkałem się z ks. Krzysztofem, wykładowcą tutejszej uczelni katolickiej, który zaoferował mi to miejsce noclegowe. Tematem naszej rozmowy była również perspektywa trwałego rozwoju Ruchu Światło – Życie w Kenii. Wieczorem większość czasu spędziłem z chłopcami z ośrodka na zabawie, wspólnej modlitwie oraz nauce czytania.


Następnego dnia pojechałem do centrum miasta, by przetrzeć szlaki dojazdu do miasta, a także by kupić brewiarz i inne drobniejsze materiały w księgarni katolickiej przy katedrze. Towarzyszyła mi Mishka ze Słowacji. Okazało się, że nie tylko ja jestem gościem w tym ośrodku. Mishka przyleciała dzień przede mną z Sudanu Południowego, gdzie pracowała jako lekarz w szpitalu prowadzonym przez siostry kombonianki. Kilka dni temu siedziba jej organizacji została zaatakowana i zrabowana, co zmusiło ją do wyjazdu z tego kraju ogarniętego wojną domową. Po południu uczestniczyłem w drodze krzyżowej na uczelni katolickiej Tangaza College, na którą zaprosił mnie Mateusz, scholastykiem misjonarzy kombonianów. Dzień zakończyłem kolacją w scholastykacie u kombo.


W sobotę rano spotkałem się Veronicą, jedną z uczestniczek dotychczasowych rekolekcji oazowych w Kenii. Rozmawialiśmy o możliwości mojego i jej działania dla wzrostu wspólnot oazowych, a także o możliwości współpracy z zaprzyjaźnionym z nią księdzem. Następnie zostaliśmy zaproszeni na lunch do braci marystów, którzy prowadzą w okolicy swoją uczelnię. Po powrocie do domu, spędziłem trochę czasu z chłopcami z ośrodka.

W niedzielę wyjechałem wcześnie rano do slumsu Korogocho, znajdującego się po drugiej stronie miasta, by uczestniczyć tam w procesji z palmami oraz we mszy świętej. Pomimo problemów ze znalezieniem w centrum odpowiedniego przystanku dla busów, ostatecznie dotarłem do kaplicy św. Jana, w której miała być sprawowana msza. Początkowo ludzie, którzy czekali na miejscu odradzali mi szukanie procesji, ze względu na niebezpieczne zaułki, w których lubią czaić się przestępcy i z których trudno uciec w przypadku napaści, ale ostatecznie pewne siostry załatwiły mi eskortę i bezpiecznie dotarłem na miejsce. Cała liturgia trwała ponad 4 godziny, co w 30 stopniowym upale ze słońcem centralnie nad głową było uciążliwe również nawet Kenijczyków. Trudności pogodowe łagodził jednak uroczysty nastrój tego ważnego wydarzenia. Cała procesja była zielona od palm, którymi wszyscy radośnie wymachiwali, wielbiąc Boga.


Po mszy świętej zostałem zaproszony przez ojców kombonianów na obiad na parafii, skąd wraz ze scholastykami wróciłem samochodem do Don Bosco Utume. Nie miałem jednak czasu na odpoczynek, gdyż dostałem od Mateusza propozycję odwiedzin sierocińca dla słoni. Okazało się, że raz do roku przyjeżdża do Kenii na 3 miesiące małżeństwo z Warszawy, które wspiera projekt dla słoni i może każdego dnia zabrać tam jedną osobę za darmo. Zabawa z małymi słonikami była bardzo pozytywnym doświadczeniem.

  
Wczoraj(w poniedziałek), czas do południa spędziłem na miejscu, by uporządkować różne sprawy i poczytać trochę materiałów. Po obiedzie uczestniczyłem w dużym sympozjum teologicznym na temat illuminati i innych form stanizmu w Kenii i na świecie. Na spotkanie przybyło kilkaset kapłanów, sióstr, seminarzystów i świeckich. Spośród nich, jedynie ledwo dostrzegalna garstka to były osoby o białej skórze. Był to dla mnie żywy dowód, że plan św. Daniela Comboniego, by zbawić Afrykę przez Afrykańczyków po 150 latach naprawdę się realizuje. Po seminarium spotkałem zupełnie przypadkowo o. Maćka – karmelitę bosego, który zaprosił mnie do siebie. Rozmawialiśmy dużo o oazie w Afryce. Okazało się, że prawdopodobnie zostanie przeniesiony niedługo do Burundi, do dużego ośrodka rekolekcyjnego, dlatego poważnie myśli o rozpoczęciu tam oazy. Przy okazji spotkałem też Kenijczyka, którego proboszcz z rodzinnej parafii poszukuje również nowych metod ewangelizacji i potencjalnie mógłby być zainteresowany Ruchem Światło – Życie.


Z takich ogólnych spraw, to pora deszczowa w tym roku się trochę opóźnia, więc jest bardzo gorąco. Dookoła domu, w którym mieszkam jest mnóstwo zieleni. Za murem w ogrodzie widać czasem jak małpy skaczą po drzewach. Przez cały dzień aż do późnego wieczora słychać przeróżne odgłosy ptaków. Jeśli chodzi o poruszanie się po Nairobi to czuję się dość swobodnie, a gdy nie wiem jak gdzieś dojechać, to nie mam problemu z dopytaniem o drogę. Bardzo w tym pomaga GPS w komórce, na którym regularnie zaznaczam najważniejsze z mojego punktu widzenia miejsca. Wieczorami i w międzyczasie staram się spędzać czas z wolontariuszami. Praca z dziećmi ulicy nie jest łatwa, dlatego tym bardziej podziwiam ich wytrwałość w codziennej pracy od 6:30 aż do ok. 20. z niewielką ilością czasu wolnego dla siebie.

W praktyce chciałem poświęcić ten pierwszy tydzień na wstępną aklimatyzację i nawiązanie pierwszych znajomości. Fakt, że nie miałem konkretnego planu, żyłem z dnia na dzień, a czasem z godziny na godzinę, bardzo ułatwiał mi nawiązywanie kontaktów. Od pierwszego dnia przekonuję się jak bardzo Bóg troszczy się o swoje dzieci i swoje dzieło.

Jutro jadę do Pokot, gdzie zamierzam spędzić Triduum Paschalne i Wielkanoc. Planuję również wsparcie tamtejszej wspólnoty oazowej, dla której mam nadzieję poświęcić więcej czasu. Zamierzam tam również na spokojnie zacząć komunikować się z pozostałymi wspólnotami w Kenii. Mam również kilka nowych namiarów na zgromadzenia czy poszczególnych kapłanów w Nairobi i okolicy, które zamierzam odwiedzić po powrocie z Pokot.


Co do spotkania z arcybiskupem Nairobi, nie jest to łatwa sprawa, ponieważ jest on bardzo zajęty. Bez jego zgody nie mogę jednak niczego oficjalnie robić, dlatego będę się starał jak najszybciej uporządkować tą sprawę. Może nawet jeszcze dzisiaj się czegoś dowiem.

Co do finansów, staram się żyć oszczędnie jak się tylko da, ale już poszło mi 8 tys. bobów, z czego 2500 na transport z lotniska, 1100 na telefon, 2500 na brewiarz, reszta to głównie dojazdy i jedzenie. Życie w Karen jest ekstremalnie drogie w porównaniu z życiem w slumsie. Ceny utrzymania są nawet 10 razy droższe. Nie ma szans dostania np. ciapati przy drodze. Dzisiaj wieczorem będę też rozmawiał w sprawie opłaty za mój nocleg, więc na to też pójdzie pewnie trochę bobów.

To chyba na razie tyle.
Polecam się Waszej modlitwie.
Pozdrawiam serdecznie

Piotrek Stopa

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Piotrek, trzymam za Ciebie kciuki i nie mogę się doczekać kolejnej relacji!

Judyta Sowa pisze...

Jesteś cudowny! Pamiętamy w modlitwie!