05.07.2011

Domowe przedszkole?

Dziś Fr. Francis wrócił z Nairobi, gdzie odwoził jednych Włochów i skąd przywiózł kolejnych. Teraz jednak chce zająć się trochę naszymi sprawami, więc usiedliśmy, by spisać zadania jakie nas czekają w ciągu najbliższego miesiąca. Przy okazji trochę opowiedział mi o sprawach, które teraz bardzo go absorbują, o tym co robi dla sierot, dzieci ze slumsów i chorych na HIV.
Sierocińce miałem okazję odwiedzić już w sobotę i niedzielę, ale były to krótkie wizyty, więc przy innej okazji je opiszę, bo chcę dowiedzieć się o nich jeszcze więcej i oczywiście zrobić zdjęcia, by móc umieścić na blogu.
Father wyjaśnił mi również skąd wzięły się tutejsze slumsy i skąd jest tu tyle biedoty. Otóż w latach osiemdziesiątych tutejsza ludność trudniła się uprawą bawełny i tytoniu. Wielu ludzi przyjeżdżało inwestować w Mitunguu, postawiono wiele domów do wynajęcia.
Później jednak zarówno bawełna jak i tytoń straciły popyt, inwestorzy wycofali się, a około dwóch tysięcy ludzi straciło pracę. Kiedy zaczęło brakować chleba powszedniego, mężczyźni zaczęli kraść, pić i narkotyzować się, a kobiety prostytuować się. Wiele z nich dokonywało aborcji lub rodziło swoje dzieci w toalecie i zabijały je. Przy tutejszym kościele pochowanych jest dwanaścioro takich dzieci zebranych do jednej mogiły. Było to jeszcze za czasów, kiedy pracowali tu polscy Franciszkanie.
Teraz dla najuboższych dzieci ze slumsów Fr. Francis zorganizował szkołę podstawową od pierwszej do piątej klasy oraz przedszkole, które wczoraj odwiedziłem.  Miejsce nie jest zbyt przytulne, nie ma kolorowych ścian, mnóstwa zabawek i placu zabaw. Całe przedszkole to jedna izba z betonową posadzką i obdrapanymi ścianami, ale dla tych dzieciaków to i tak raj, bo ktoś się nimi chce tu zająć.
Najpierw dzieci zaśpiewały dla mnie piosenki, a później chwaliły się, jak liczą po angielsku. Potrzeba jest matką wynalazków, więc do prezentacji cyferek służy im kalendarz, na którym jeden chłopiec pokazywał kolejne dni, reszta dzieci chórem odpowiadała, jaka to liczba. Zastanawiałem się jednak, czy dzieci umieją liczyć tylko do 31?
Później wyszliśmy na plac, gdzie w czwartki odbywa się targ bydlęcy. Nie ma tu drabinek i piaskownicy, a tym bardziej huśtawek, ale teren jest przynajmniej ogrodzony. Pobawiliśmy się z dziećmi, trochę pobiegaliśmy, pograliśmy w piłkę, niektórzy zrobili sobie zjeżdżalnię z moich nóg.  Szaleństwom pewnie nie byłoby końca, gdyby nie hasło „obiad”.
Dzieciaki ustawiły się w kolejkę i z wielką radością podchodziły po odbiór miski z ryżem i fasolą. Dla wielu z nich to prawdopodobnie jedyna możliwość  zjedzenia czegoś w ciągu dnia, więc tym bardziej trzymały swoje porcje, jakby chciały powiedzieć: „moje, nikomu nie oddam”. Po posiłku dzieci rozchodziły się do domów, część szła w naszą stronę, więc je kawałek odprowadziliśmy.

Brak komentarzy: