07.01.2009

O dniu powszednim w Chromtau słów kilka

Witajcie!

Ostatnio było trochę o Chromtau, więc teraz może słów kilka o tym co tu robię.
Dzień praktycznie rzecz biorąc wyznaczają nam godziny brewiarzowe. Zaczynamy o 8 jutrznią z godziną czytań. Ok. 13 odmawiamy modlitwę południową, a o 20 nieszpory, kompletę już indywidualnie. O 15 jest Msza Święta, ale zazwyczaj jesteśmy już o 14, żeby otworzyć kaplicę i przygotować się. Ja odpowiadam za zakrystię (przygotowanie parametrów liturgicznych, pranie bielizny kielichowej itp.). Usługuję też oczywiście do Mszy, która jest po rusku, natomiast funkcje lektora wykonuję tylko w dni powszednie, gdy już nie ma innych osób mogących czytać, ograniczam się zresztą wciąż tylko do krótszych czytań, psalmów i śpiewu wersetu przed Ewangelią. W niedzielę i święta Eucharystię mamy o 11, regularnie chodzi kilkanaście osób, w święta zbiera się więcej, ale część mieszka bardzo daleko od Chromtau, część musi pracować nawet w niedziele.

Jeśli chodzi o prace w domu to muszę przyznać, że odkryłem w sobie powołanie m.in. do sprzątania, prania, prasowania czy gotowania (tak, tak, trzeba było wyjazdu aż do Kazachstanu, żebym nauczył się tego wszystkiego i w dodatku to polubił ). Ale oprócz opieki nad zakrystią i obowiązków domowych nie mam jakiegoś stałego, konkretnego zajęcia, co nie ukrywam jest tu dla mnie największą trudnością, sam bowiem muszę wynajdywać sobie robotę i wychodzić z jakąś inicjatywą. Mimo to oprócz modlitw i liturgii życie tutaj upływa nam na załatwianiu wielu spraw. W poniedziałki jeździmy do Aktjubińska (głównie na większe zakupy i do urzędów, gdyż biurokracji jest tu co niemiara i niestety na to chyba najwięcej czasu przeznaczać muszą tutaj w Kazachstanie księża, dość powiedzieć, że sprawę ogrzewania kaplicy załatwiać musieliśmy w tutejszym Urzędzie Bezpieczeństwa – nie pytajcie, ja też tego nie rozumiem). Przy okazji jest to też okazja do odwiedzin sąsiedniej parafii (sąsiedniej, czyli oddalonej o 100 km). Ale w Chromtau bieganie po sklepach i urzędach także jest niestety częstszym zajęciem, nie zawsze przyjemnym, ale koniecznym.



Nie znaczy to oczywiście, że życie jest tu monotonne, przeciwnie. Przez ostatnie dwa miesiące praktycznie rzecz biorąc każdy dzień przynosił coś nowego. Nawiedziliśmy cmentarz odległy o ok. 40 km, wycinaliśmy i wywoziliśmy krzaki i chwasty z terenu kaplicy, robiliśmy mikołajkowe paczki dla dzieciaków a także adwentową dekorację (z niej jestem najbardziej zadowolony, gdyż zamarzyła mi się drabina dla figurki Jezusa, taka co to się po niej figurkę dzień po dniu na niższy stopień przesuwa i udało nam się ją wykonać). Czas przedświąteczny był oczywiście okresem generalnych porządków, nie tylko tych domowych, ale i tych w kaplicy. Lampki, choinki, żłóbki, dekoracje itp. – ku mojej radości pracy nie brakowało. Udało się też zrealizować inicjatywę, którą wyniosłem z Oazy, a mianowicie „Słowo Życia”, które rozdawaliśmy ludziom po Pasterce.



Od czasu do czasu dostajemy z księdzem od któregoś z parafian zaproszenie na herbatę, a czasem także i na niedzielny obiad, więc jest też okazja poznania takiego codziennego życia tych osób. W wolnym czasie mam się zajmować aktualizacjami na stronie Administratury i uzupełniać Wikipedię o informację dotyczące Kościoła w Kazachstanie.

Na razie jednak przede wszystkim uczę się ostro języka, więc co najmniej 2 godziny dziennie spędzam na wałkowaniu słówek i gramatyki. Na szczęście mam tu podręczniki do ruskiego, książki, gazety, telewizję i filmy po rusku no i w koło wszyscy tylko w tym języku do mnie mówią, a w dodatku dwa razy w tygodniu mam lekcje u Rosjanki, więc mam nadzieję, że w końcu coś się ruszy w tym zakresie u mnie.




Nie sposób opisać wszystkiego po kolei, dużo się dzieje, najczęściej jednak jak widzicie sami, robię tu bardzo proste rzeczy. Moja więc rola sprowadza się do takiej zwyczajnej służby, bez fajerwerków, bowiem mam po prostu w tych wszystkich sprawach trochę odciążyć księdza, wspomóc go, a przede wszystkim budować z nim wspólnotę. I teraz widzę, że to jest właśnie główny cel, dla którego Pan mnie tu posłał. Pierwsze 1,5 miesiąca mojego pobytu w Chromtau minęły bowiem praktycznie rzecz biorąc pod znakiem choroby ks. Janusza. Oprócz zapalenia płuc nałożyły się też inne problemy zdrowotne. Na szczęście ksiądz dał się przekonać na wizytę u lekarza, choć na jednej się nie skończyło. Po całej serii badań i konsultacji z lekarzami w Chromtau i w Aktjubińsku, dwóch seriach zastrzyków i kroplówek ksiądz wyleczył zapalenie płuc. Jestem Bogu bardzo wdzięczny, że posłał mnie w to miejsce w tym konkretnym czasie, gdyż mogłem przez to w jakiś sposób służyć księdzu, choćby w takich prostych rzeczach jak: odprowadzanie na parking samochodu, robienie zakupów, obiadu czy nawet podawanie herbaty i lekarstwa, gdy gorączka nie pozwalała mu wstawać z łóżka. Nie wszystko jednak byłem w stanie zrobić: gdy trzeba było pomóc komuś w przewiezieniu jakiś rzeczy pojechałem ja, rachunek za telefon zapłaciłem, karetkę jakoś wezwać się udało, ale na poczcie już bym się np. nie odnalazł, podobnie w banku itd. A niestety takich spraw, gdzie ksiądz musiał biegać trochę było.



Oprócz języka cały czas „uczę się Kazachstanu”. A co będzie dalej zobaczymy. Nastawiam się raczej na „misyjną obecność” w duchu Karola de Foucauld i na modlitwę, bo tutaj dostrzegam wyraźnie jej siłę, wartość i to jak bardzo jest ona potrzebna temu Kościołowi i ludziom, którzy tutaj w Kazachstanie mieszkają i tym, którzy tu posługują (mnie także zresztą). Najważniejsze wydaje mi się to, żeby być tutaj, wśród tych ludzi, poznawać ich problemy i dawać świadectwo życia. Mam nadzieję, że jak Bóg pozwoli to kiedyś także świadectwo słowa.

A za to wszystko co do tej pory Bóg zdziałał Chwała Panu!!!

Przemek

Brak komentarzy: