09.01.2009

Dzień dobry, tutaj Atyrau

Nie napiszemy znowu, bo nie tak często piszemy, ale jednak jakoś się staramy,
niemniej jednak ZAWSZE o was pamiętamy. U nas jest teraz zima w pełni i na dodatek ferie dzieciaków. Za oknem leży śnieg, na Uralu gruba warstwa lodu i śniegu, i jeszcze dzieciaki mają dużo wolnego czasu. Co można robić z takim czasem? – Na przykład umawiać się z nami na łyżwy – kościół jest posiadaczem łyżew w ilości 7 par – co na jakieś 14 osób daje 2 zmiany ludzi jeżdżących po Uralu. 1 grupa – mająca na nogach łyżwy jeździ jak ma gdzie, byle jak najdalej, druga – bez łyżew odśnieża, lub marznie czekając na wymianę, albo też biega za tymi, którzy jeżdżą chcąc na nich wymóc upadek, który to byłby idealną okazją do zdjęcia łyżew, no bo skoro już się siedzi...

Czas zimy, jest bardzo korzystny i pozytywny, bo zagościło u nas 11 ministrantów, jest za zimno żeby niszczyć ogrodzenie w kościele, więc chłopaki przychodzą służyć do Mszy, bo w kościele jest odrobinę cieplej. Wszyscy są zadowoleni. Im to sprawia dużo radości i nam również jak patrzymy, jak z wrażenia się potykają, albo starają się przekazać znak pokoju wszystkim biegając sprawnie po kościele.


W czasie ferii, owi ministranci, mają duuużo wolnego czasu, więc jak umawiamy się na
jakąś godzinę na łyżwy, to przychodzą o półtorej godziny za wcześnie, a na Msze przychodzą o godzinę do dwóch za wcześnie.
Co w takim czasie można zrobić? – napoić ich dużą ilością herbaty, i rozmawiać, nie dopuścić żeby się pozabijali, nauczyć modlić na różańcu (zbawienna działalność sióstr) i nie umrzeć ze śmiechu jak przejęci w czasie mówienia na głos Zdrowaś Maryjo, pytają jednocześnie na migi ile jeszcze zdrowasiek zostało.
Tak więc zima jest narzędziem duszpasterskim i możliwością spędzania czasu na świeżym powietrzu z dużą ilością małych chłopców.

Czas świąt był dla nas bardzo pracowity, wymagał przygotowania jedzenia,
przygotowania fajnych lekcji angielskiego przedświątecznych, ze śpiewaniem kolęd i oglądaniem filmów po angielsku, wymyślaniem dekoracji do przedstawienia, dekoracji choinek na rozchwianych drabinach, robienia niezliczonej ilości rzeczy w jednym czasie, jeżdżenia na zakupy kilka razy na godzinę, i bycia gotowym o dzień wcześniej na święta. Dlaczego? – Bo wyjeżdżałyśmy z księdzem biskupem do Uralska (500 km stąd), koło którego jest pole naftowe (koło Uralska, a nie księdza biskupa, wszak gdyby ksiądz biskup miał pole naftowe to nie było by żadnych problemu z dofinansowaniem, a Kościół Katolicki cieszyłby się OGROMNĄ POPULARNOŚCIĄ), a na polu naftowym są Włosi, bo ropę wydobywa firma włoska. Ci właśnie Włosi, poprosili o świąteczną Mszę po włosku (jak to Włosi – oni zawsze proszą o Mszę po włosku) względnie z angielskim kazaniem (ale tylko względnie). A osobą, która mogła ją odprawić, był właśnie ksiądz biskup, nie dlatego, że jest biskupem, ale dlatego, że był on jedyną osobą w pobliżu 500km, która jednoczyła w sobie: umiejętność odprawienia Mszy po włosku, przepowiedzenia kazania po angielsku i pełnię święceń kapłańskich.

Jako, że Msza miała być w dzień Wigilii, musieliśmy wyjechać rano 24.12 żeby zdążyć na 20:00 na mszę. Z tego właśnie powodu, Wigilię w gronie atyrauskim – czytaj z siostrami (w ilości 3), państwem Skalińskich (czytaj małżeństwo polskie mieszkające tutaj z powodu pracy pana Marka na polach naftowych), Elą (czytaj Polką pracującą dla naftowej firmy włoskiej), księdzem Piotrem (administratorem parafii miejscowej), ks. biskupem (miejscowy biskup – czyli człowiek na miejscu) i miejscowym Alegiem (ostatnio dowiedziałyśmy się, że tak ma właśnie na imię i bynajmniej nie jest to zdrobnienie jak nam się wydawało – a poza tym to mieszkaniec plebani) no i nami odbyła się 23.12, po Mszy świętej, na której również wszyscy byliśmy.
W Wigilię pojechaliśmy do Uralska, podróż bezpieczna i bez zakłóceń, wielbłądy i krowy nie rzucały się pod koła, za oknem krajobraz księżycowy czyli step odrutowany gdzieniegdzie liniami wysokiego napięcia bądź majaczącymi rurociągami z gazem. A w oddali jak okiem sięgnąć wielkie i wyraźne – NIC (czytaj Nie-ma Iglastych Choinek).
Druga kolacja wigilijna była w Uralsku, z życzeniami po polsko-rosyjsko-słowacku, w obecności ks. Jan (proboszcz Uralska), ks. Piotr (wikariusz w Uralsku – Słowak), Ewa (wolontariuszka- Słowaczka), Tomasz (wolontariusz – Słowak), ks. biskup (jak wyżej), my (również).

Następnie ks. biskup z ks. Janem pojechali na pole naftowe, gdzie tylko oni mieli przepustki, a my zostałyśmy ze Słowakami gaworząc po rosyjsko-polsko-słowacku, oglądając kościół i prasując niezliczoną ilość alb, które to wytwarzały niezwykłe pole elektryczne.
Od 22:00 zaczęli gromadzić się ludzie czekając na Pasterkę (bo tak akurat mieli autobus), więc razem odmówiliśmy różaniec i zaprosiliśmy ich na herbatę. Okazało się, że niektórzy są w kościele pierwszy raz i chcą zobaczyć jak wyglądają takie święta, oprócz tego można się było w trakcie przedpasterkowego „czajopicia” wiele o nich dowiedzieć i porozmawiać.
Po Pasterce ks. Piotr z Tomaszem odwozili, najdalej mieszkających parafian, a my mogłyśmy położyć się spać.
W pierwszy dzień świąt rano przyjechał z pola naftowego ks. biskup i wracaliśmy żeby zdążyć do Atyrau na wieczorną na Mszę po włosku i nie stresować ks. Piotra (pamiętacie – proboszcz Atyrau) mówieniem kazania po angielsku.
Zdążyliśmy, zmieniając uralski krajobraz bezśnieżny na atyrauski zimowo-wietrzny.
Święta były pracowite i rozjeżdżone ale z drugiej strony ciepłe sympatyczne i wypełnione śpiewaniem kolęd.


Sylwester minął spokojnie i filmowo, przerwany o północy na dzwonienie (w tym kościele są dzwony, które mają kusząco opuszczony sznur, więc jak za każdym razem koło niego przechodzimy mamy ochotę to wykorzystać) i obserwowanie nieba (czytaj fajerwerki).

Teraz wracam do chwili obecnej, w czasie naszych ferii od uczenia angielskiego i zbierania sił do radosnego przyjęcia nalotu nowych ludzi na kursy (od jakiś 2-3 tygodni energicznie dzwonią i pytają kiedy pierwsze zajęcia i kiedy rejestracja), uzupełniamy braki w stronach internetowych parafii, kolędujemy (dziś byłyśmy z siostrami śpiewać kolędy u takich starszych państwa, którym siostry pomagają przynosząc im jedzenie i inne niezbędne rzeczy do życia) i staramy się nie zabić siebie ani ministrantów w czasie jazdy na łyżwach i w każdym innym czasie również (dziś gotowali z nami obiad).
Warto jeszcze dodać, że również dla wodzirejów, najlepiej rosyjskojęzycznych znalazłaby się tutaj praca, bowiem (choć nie jesteśmy wodzirejami) 2.01 poprowadziłyśmy wraz z pomocą 2 sióstr (ich pysznym kompotem do picia, jedyną w swoim rodzaju śnieżynką, pod której przebraniem ukryła się siostra Weronika), oraz Księdzem Piotrem, który tym razem wcielił się w rolę DJ’a- „Jołkę”(dla czytelników, obcojęzycznych „choinka”) – zabawę noworoczną, na którą przyszedł Dziadek Mróz - tutejszy święty Mikołaj. Zabawa była przednia: kółeczka, pociągi i inne tam wymachiwanie odnóżami we wszystkie kierunki naraz w odpowiednio zmiennym i niezależnym od muzyki rytmie. Nie, nie będziemy Was tutaj zasypywać zdjęciami z naszego balu, tylko zaprosimy was na naszą stronę internetową- http://www.catholic-kazakhstan.org/Atyrau/Pl/index.htm
tam w galerii znajdziecie całe mnóstwo zdjęć.

Jak już mogliście przeczytać nasza posługa jest tutaj dość urozmaicona, niezwykła i nieprzewidywalna, ale dająca wiele radości, rozwijająca i potrzebna. Choć w naszych wpisach na bloga przeważa klimat radosny i wydawać by się mogło czasem infantylny i zabawny, to jednak życie na misjach wiąże się w wieloma wyzwaniami, ale KAŻDY PROBLEM JEST SZANSĄ, dlatego bardzo was wszystkich prosimy o modlitwę za wszystkich księży, siostry zakonne i nas, wolontariuszy świeckich, o siły i wytrwałość, by te szanse w pełni wykorzystywać.

Chcemy was również zachęcić do pytania Pana Boga, czy nie chce właśnie WAS tutaj, w Atyrau. Pytajcie, proście i módlcie się o odwagę dla tych, którzy pragną wyjechać, by nie zgasł ich zapał. My rzecz jasna, jak już zapewniałyśmy, nigdy nie zapominamy o was w modlitwie...

Pozdrawiamy was szczególnie ciepło w tę zimową noc
- Justyna i Jowita

Brak komentarzy: