
niemniej jednak ZAWSZE o was pamiętamy. U nas jest teraz zima w pełni i na dodatek ferie dzieciaków. Za oknem leży śnieg, na Uralu gruba warstwa lodu i śniegu, i jeszcze dzieciaki mają dużo wolnego czasu. Co można robić z takim czasem? – Na przykład umawiać się z nami na łyżwy – kościół jest posiadaczem łyżew w ilości

Czas zimy, jest bardzo korzystny
W czasie ferii, owi ministranci, mają duuużo wolnego czasu, więc jak umawiamy się na
jakąś godzinę na łyżwy, to przychodzą o półtorej godziny za wcześnie, a na Msze przychodzą o godzinę do dwóch za wcześnie.
Co w takim czasie można zrobić? – napoić ich dużą ilością herbaty, i rozmawiać, nie dopuścić żeby się pozabijali, nauczyć modlić na różańcu (zbawienna działalność sióstr) i nie umrzeć ze śmiechu jak przejęci w czasie mówienia na głos Zdrowaś Maryjo, pytają jednocześnie na migi ile jeszcze zdrowasiek zostało.
Tak więc zima jest narzędziem duszpasterskim i możliwością spędzania czasu na świeżym powietrzu z dużą ilością małych chłopców.

przygotowania fajnych lekcji angielskiego przedświątecznych, ze śpiewaniem kolęd i oglądaniem filmów po angielsku, wymyślaniem dekoracji do przedstawienia, dekoracji choinek na rozchwianych drabinach, robienia niezliczonej ilości rzeczy w jednym czasie, jeżdżenia na zakupy kilka razy na godzinę, i bycia gotowym o dzień wcześniej na święta. Dlaczego? – Bo wyjeżdżałyśmy z księdzem biskupem do Uralska (500 km stąd), koło którego jest pole naftowe (koło Uralska, a nie księdza biskupa, wszak gdyby ksiądz biskup miał pole naftowe to nie było by żadnych problemu z dofinansowaniem, a Kościół Katolicki cieszyłby się OGROMNĄ POPULARNOŚCIĄ), a na polu naftowym są Włosi, bo ropę wydobywa firma włoska. Ci właśnie Włosi, poprosili o świąteczną Mszę po włosku (jak to Włosi – oni zawsze proszą o Mszę po włosku) względnie z angielskim kazaniem (ale tylko względnie). A osobą, która mogła ją odprawić, był właśnie ksiądz biskup, nie dlatego, że jest biskupem, ale dlatego, że był on jedyną osobą w pobliżu 500km, która jednoczyła w sobie: umiejętność odprawienia Mszy po włosku, przepowiedzenia kazania po angielsku i pełnię święceń kapłańskich.

W Wigilię pojechaliśmy do Uralska, podróż bezpieczna i bez zakłóceń, wielbłądy i krowy nie rzucały się pod koła, za oknem krajobraz księżycowy czyli step odrutowany gdzieniegdzie liniami wysokiego napięcia bądź majaczącymi rurociągami z gazem. A w oddali jak okiem sięgnąć wielkie i wyraźne – NIC (czytaj Nie-ma Iglastych Choinek).
Druga kolacja wigilijna była w Uralsku, z życzeniami po polsko-rosyjsko-słowacku, w obecności ks. Jan (proboszcz Uralska), ks. Piotr (wikariusz w Uralsku – Słowak), Ewa (wolontariuszka- Słowaczka), Tomasz (wolontariusz – Słowak), ks. biskup (jak wyżej), my (również).

Następnie ks. biskup z ks. Janem pojechali na pole naftowe, gdzie tylko oni mieli przepustki, a my zostałyśmy ze Słowakami gaworząc po rosyjsko-polsko-słowacku, oglądając kościół i prasując niezliczoną ilość alb, które to wytwarzały niezwykłe pole elektryczne.
Od 22:00 zaczęli gromadzić się ludzie czekając na Pasterkę (bo tak akurat mieli autobus), więc razem odmówiliśmy różaniec i zaprosiliśmy ich na herbatę. Okazało się, że niektórzy są w kościele pierwszy raz i chcą zobaczyć jak wyglądają takie święta, oprócz tego można się było w trakcie przedpasterkowego „czajopicia” wiele o nich dowiedzieć i porozmawiać.
Po Pasterce ks. Piotr z Tomaszem odwozili, najdalej mieszkających parafian, a my mogłyśmy położyć się spać.
W pierwszy dzień świąt rano przyjechał z pola naftowego ks. biskup i wracaliśmy żeby zdążyć do Atyrau na wieczorną na Mszę po włosku i nie stresować ks. Piotra (pamiętacie – proboszcz Atyrau) mówieniem kazania po angielsku.
Zdążyliśmy, zmieniając uralski krajobraz bezśnieżny na atyrauski zimowo-wietrzny.
Święta były pracowite i rozjeżdżone ale z drugiej strony ciepłe sympatyczne i wypełnione śpiewaniem kolęd.

Sylwester minął spokojnie i filmowo, przerwany o północy na dzwonienie (w tym kościele są dzwony, które mają kusząco opuszczony sznur, więc jak za każdym razem koło niego przechodzimy mamy ochotę to wykorzystać) i obserwowanie nieba (czytaj fajerwerki).
Teraz wracam do chwili obecnej, w czasie naszych ferii od uczenia angielskiego i zbierania sił do radosnego przyjęcia nalotu nowych ludzi na kursy (od jakiś 2-3 tygodni energicznie dzwonią i pytają kiedy pierwsze zajęcia i kiedy rejestracja), uzupełniamy braki w stronach internetowych parafii, kolędujemy (dziś byłyśmy z siostrami śpiewać kolędy u takich starszych państwa, którym siostry pomagają przynosząc im jedzenie i inne niezbędne rzeczy do życia) i staramy się nie zabić siebie ani ministrantów w czasie jazdy na łyżwach i w każdym innym czasie również (dziś gotowali z nami obiad).


tam w galerii znajdziecie całe mnóstwo zdjęć.
Jak już mogliście przeczytać nasza posługa jest tutaj dość urozmaicona, niezwykła i nieprzewidywalna, ale dająca wiele radości, rozwijająca i potrzebna. Choć w naszych wpisach na bloga przeważa klimat radosny i wydawać by się mogło czasem infantylny i zabawny, to jednak życie na misjach wiąże się w wieloma wyzwaniami, ale KAŻDY PROBLEM JEST SZANSĄ, dlatego bardzo was wszystkich prosimy o modlitwę za wszystkich księży, siostry zakonne i nas, wolontariuszy świeckich, o siły i wytrwałość, by te szanse w pełni wykorzystywać.
Chcemy was również zachęcić do pytania Pana Boga, czy nie chce właśnie WAS tutaj, w Atyrau. Pytajcie, proście i módlcie się o odwagę dla tych, którzy pragną wyjechać, by nie zgasł ich zapał. My rzecz jasna, jak już zapewniałyśmy, nigdy nie zapominamy o was w modlitwie...
Pozdrawiamy was szczególnie ciepło w tę zimową noc
- Justyna i Jowita