06.12.2009

Mikołajki


Szczęść Boże!
Zrobiłam sobie postanowienie adwentowe, że będę częściej pisać na bloga (za to mam nadzieję, że krócej:) Ot, chciałabym po prostu podzielić się kilkoma wrażeniami z adwentowego czasu, który właśnie przeżywamy. A dzieje się jak zawsze wiele. Młodzież przychodzi prawie codziennie wieczorami na próby Scenki Bożonarodzeniowej. Siostra Weronika zajmuje się scenką, ale mówi, że im samym tak zależy i z takim zaangażowaniem i pomysłami do tego podchodzą, że nie musi wiele reżyserować. Mają co prawda problemy z dyscypliną, ale to ogólny problem tutaj, zwłaszcza u chłopców… Tak więc na Święta zobaczymy wyniki :) Mnie jeszcze nigdy nie udało się podejrzeć żadnej „repeticji”, bo zawsze akurat mam zajęcia.

Ministrantów ogólnie w weekend przepełniała radość, ponieważ wrócił z Włoch ukochany przez nich „aciec Piotr”, który jest tutaj proboszczem (tu na kapłana mówi się „ojciec”; podoba mi się to określenie, a myślę, że w przypadku niektórych ministrantów wyraża jeszcze coś głębszego, niż tylko tytuł). Misza i Sasza wyglądali przyjazdu księdza ze szczególnym wytęsknieniem, ponieważ mieli otrzymać obiecane alby lektorskie. I z jaką dumą je przywdziali! Tutaj jest troszkę inny strój niż w Polsce: białe alby i stuły w kolorach ornatu księdza na dany okres liturgiczny, przewiązane na biodrach. Robi wrażenie!
A ksiądz uczył się przez miesiąc języka włoskiego w okolicach Mediolanu, czego efekt widać było już dziś na Mszy Świętej – kazanie było po włosku, a nie po angielsku, jak wcześniej. Chyba się naszym włoskim parafianom podobało, bo była cisza jak makiem zasiał…

Wczoraj pojechałam z siostrą Filipą do jednej z ubogich rodzin, które odwiedza. Jest wiele takich osób, którym Kościół tutaj pomaga. W Atyrau pracuje wielu obcokrajowców, między innymi Amerykanów, którzy często przynoszą do parafii różne dary, nowe lub używane. Parafia przekazuje to dalej oraz wspiera wiele osób z własnych środków. Oprócz tego działa organizacja charytatywna, założona przez tutejszych Włochów, którzy zbierają środki materialne i przydzielają stałe wsparcie dla ubogich parafian lub uczącej się młodzieży.

Rodzina, u której byłyśmy, znajduje się w tragicznej sytuacji. Na zdjęciu można zobaczyć mały domek, w którym na dwóch pokojach i kuchni żyją: mężczyzna z zanikiem mięśni, leżący w łóżku od 12 lat, jego jakby żona (20-letnia dziewczyna, która po wyjściu z domu dziecka zaczęła się nim opiekować), czworo dzieci i jeszcze siostra żony z mężem (też po wyjściu z domu dziecka nie miała się gdzie podziać – bardzo często taki los spotyka wychowanków sierocińców). [Jeśli chodzi w ogóle o zdjęcia, to dostałam je od siostry – kiedyś zrobiła dla dokumentacji, ale tak to raczej nie fotografuje – krępujące dla wszystkich] Jedno dziecko jest około półroczne, ale dzieci nie widziałyśmy, bo spały (byłyśmy tam przed 11 rano, ale te dziewczyny dopiero wstały, żeby nam otworzyć…). A co im przywiozłyśmy? Dwie szyby (ano przyda się na zimę mieć szyby w oknach…:), zabawki i lekarstwa (bo podobno wszystkie dzieci przeziębione). Z wyjazdu wracałam oczywiście przygnębiona. Chyba mało biedy w życiu widziałam. A w tym rejonie takich domków było „mnoga”… Siostra mówi, że identycznie wygląda Ukraina, gdzie spędziła 5 lat. Może to nic nadzwyczajnego – ubóstwo jest wszędzie, nawet w najbogatszych państwach. Ale jeśli będziemy się posługiwać tylko takimi ogólnikami, łatwo możemy się zobojętnić na cierpienie innych. Kiedy nagle zobaczymy biedę w całej okazałości, na wyciągnięcie ręki, łatwiej dojrzeć też CZŁOWIEKA, który potrzebuje pomocy. Nie wszystko da się wyjaśnić prostymi stwierdzeniami: „sami sobie winni”, „każdy sobie rzepkę skrobie”, „nam też nie jest łatwo”… Dzieci z domów dziecka, rodzin patologicznych i ludzie chorzy nie są sami sobie winni. To, że nam się lepiej wiedzie, niż innym, też nie jest bynajmniej naszą zasługą. Dawać jałmużnę ze wszystkiego, co nam zbywa…














A przyszedł do Was Mikołaj? Ja aż oczy ze zdziwienia przecierałam, kiedy zobaczyłam paczuszkę, powieszoną na klamce! :) Siostry maczały w tym palce, rzecz jasna… :)
Tutaj zwyczaj obdarowywania na wspomnienie św. Mikołaja jest nieznany, ale małe słodkie akcenty były. Mi udało się przeprowadzić kilkuzdaniową katechezę o tym świętym biskupie dla 7-8 małych chłopców, którzy zadzwonili po południu do drzwi tak po prostu, żeby się przywitać. To tyle na dziś! Życzę udanego kolejnego tygodnia Adwentu! Magda

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

Do mnie Mikołaj przyszedł nieco wcześniej, bo ASD takich gości do pokojów nie wpuszcza :) Wiele sił Ci Madziu życzę, niech Bóg Cię prowadzi :)Mały