21.10.2008

Kazachstan, czyli kraina błotem i ropą płynąca...

Zdrawstwujtie!
Pewnie jesteście ciekawi, co u nas?
Nadejszła wiekopomna chwila, żeby zaspokoić waszą niezdrową i przysparzającą, o wrzody żołądka ciekawość.
Tak więc, że tak powiem piszemy tego posta z pokoju oblężonego przez hardy złowrogich żądnych krwi komarów. Ataki tych mieszkańców naszego domu (czytaj plebani) są jawnym prześladowaniem chrześcijan na wschodzie – „ale nic to”* dla harcerzy takich jak my którymi nigdy nie byłyśmy!
Podróż przebyłyśmy bez większych przeszkód nie licząc kilku z nich, które w zasadzie możemy nazwać swoistego rodzaju przygodami, które zostaną tajemnicą, żeby nie zepsuć do końca dobrego zdania o nas – mamy nadzieję, że większość z was takowe jeszcze posiada. W tym miejscu pozdrawiamy Natalię R. i ks. Piotra. G., którzy to dobrowolnie przez swoją decyzję i chęć odwiezienia nas na lotnisko, podjęli w naszej intencji post od snu, na czas naszego pobytu w Atyrau – czytaj najbliższe 9 miesięcy – ciekawe, co się z tego urodzi (zachęcamy do włączenia się do tego dzieła).
Po 23 godzinach podróży wylądowałyśmy, że tak zacytujemy – w ten dzień, który przywitał nas ulewą**. W zasadzie stwierdzenie o tym, że był to dzień jest lekkim nadużyciem, albowiem była 4 w nocy (z tego miejsca pozdrawiamy wszystkich wstających o tak nieprzyzwoitych godzinach – zwłaszcza ks. bp. Janusza K.).
Po przyjeździe na plebanię (czytaj tu mieszkamy) i herbatce zakrapianej ciasteczkami straciłyśmy świadomość, odzyskałyśmy ją o godzinie 2 w dzień, za przyczyną księdza Czarka krzyczącego przez drzwi, że za 10 minut obiad. Zjadłyśmy, więc obiad na śniadanie wraz z całą załogą obecną na pokładzie (czyt. Ks. biskup, ks. Piotr – proboszcz tużyjca, ks. Czarek – proboszcz przyjezdny, tata ks. biskupa i Aleg – też tużyjca tylko nie ksiądz).
Zwiedziłyśmy teren plebani i dom sióstr elżbietanek ze świetlicą dla dzieciaków. Zagrałyśmy z 3 z nich w twistera, starając się skoordynować wszystkie nasze kończyny z rozpoznaniem, które z nich są lewe a które prawe (Jesteśmy w kościele katolickim tu nie liczy się prawo, ale wiara!). Poznałyśmy Mrs. K., tytana nauczania angielskiego na miejscu i władcę wszelkich zmaterializowanych pomocy naukowych w tej parafii, której majątku już wkrótce naukowego staniemy się dziedzicami****.
Następnie była msza po rosyjsku – wysiliłyśmy wszystkie nasze lingwistyczne muskułki ażeby nadążyć za tekstem ale niestety odpowiadałyśmy tylko amen i alleluja i Panie złój się nad nami, ale nie pamiętamy jak to leciało więc nie zacytujemy, ale za to wprowadziłyśmy polski element na różańcu (różaniec = 2 części po angielsku + 2 po rosyjsku + 1 po polsku – my prowadziłyśmy, ale nas prześcignęli, bo każdy dopasowywał „święta Mario” według własnych preferencji językowych).
Jeżeli chodzi o dziśdzień to bawiłyśmy się wstawianiem zdjęć na stronę parafii, byłyśmy z biskupem w urzędzie gdzie wojskowi noszą czapki, które chronią od deszczu, śniegu i słońca oraz wiatru (namiot jednogłowy). Biskup obiecał Justynie, że może taką kupić tylko będzie mogła w niej chodzić jedynie we własnym pokoju, bo nie zmieści się we framugi, a na przebudowę jeszcze za wcześnie.
Uczyłyśmy się też rosyjskiego (oćeń!).
Na koniec zabrakło prądu i była kolacja przy świecach z bardzo pouczającą dyskusja o życiu biskupa Turkmenistanu i życiu tutejszej diecezji.
I tak minęła noc i poranek dzień pierwszy i drugi a Bóg wiedział, że były dobre.
A teraz okazało się, że Justyna ma zadymę w pokoju, bo zajął się, odkomarzacz (zajął się spaleniem się i zglijowaniem plastiku na wierzchu – cóż każdy ma jakieś zajęcia).
Ściskamy w pionie i w poziomie

Justyna i Jowita


*jak mówi Pan Wołodyjowski
** por. Kult „Dziewczyna bez zęba na przedzie ***
*** skryptor jest trochę głupi i ma niezdrowe skojarzenia
**** - czkami (brzmi jak odgłos czkawki) – wersja dla feministek,
****których nasza padruga Ania D. nie lubi...

PS. Na przyszłość obiecujemy, że postaramy się pisać nieco krótsze posty :)

1 komentarz:

Anna pisze...

Że niby ja nie lubię feministek? :D Skąd takie przypuszczenia?