22.11.2008

Przesladowania chrześcijan w Indiach - wyslij protest e-mailem.

"— Ukamienowali go, a ciało wyrzucili do rzeki, ukamienowali... — Puspanjah Panda obsesyjnie powtarza te słowa. Skurczona siedzi na macie w obozie dla uchodźców YMCA i co chwilę całuje zdjęcie męża. 24 sierpnia Dibya Sundar Digal, pastor w miasteczku Sipaiju, odprawił nabożeństwo. Ledwo skończył, pojawiła się grupa kilkudziesięciu fundamentalistów. — Rok temu na Boże Narodzenie tylko go pobili, teraz przyszli zabić — mówi żona ofiary. Oprawcy przychodzą z nożami, siekierami. Przynoszą ze sobą kanistry z benzyną i puste białe kartki. Chrześcijanin ma na nich złożyć swój podpis. Potem fundamentaliści dopisują, że dobrowolnie wrócił do swej pierwotnej i jedynej prawowitej religii. Kto odmawia — ginie. Lalji Nayaka oprawcy torturowali godzinami, by wyparł się Chrystusa. Mimo przystawionego do szyi noża odmówił. Zmarł z wykrwawienia
Vikrama Nayaka oszalały tłum zakłuł na śmierć i poćwiartował. Dopóki nie stracił przytomności, mówił, że wierzy w Chrystusa.
Chrześcijanom goli się głowy, by łatwo wyłapać ich w tłumie. Dramat przeżywają nie tylko rodziny zamordowanych, cierpią też ci, których sumienia złamano i wyrzekli się Chrystusa. Powrót na łono hinduizmu trzeba potwierdzić zabiciem sąsiada chrześcijanina, spaleniem jego domu, czy zbezczeszczeniem kościoła." (fragment artykułu Beaty Zajączkowskiej z "Opoki")

Zachęcamy do przerwania naszej bierności wobec prześladowania chrześcijan w Indiach. Redaktor Marek Magierowski tym mocniej i nas poruszył w tym temacie.
W zeszłym tygodniu czasopisma katolickie dołączyły kartkę, którą można było wysłać do ambasady Indii w Polsce. Portal wiara.pl proponuje już też wysyłanie protestu drogą mailową. Zachęcamy do tego także i my. Szczegóły akcji możesz znaleźć tu.
A tu raport na ten temat i artykuły mówiące o tym nieszczęściu. Załączam zdjęcia ks. Darka Michalskiego z forum Wspólnoty Życia Chrześcijańskiego. Tam jest ich więcej.

Nowe spotkanie i nowe plany - Łotwa, Bruksela i Szkola Ewangelizacji


Już niedługo nasze następne spotkanie -24 XI u Marcina i Agnieszki na Zaciszu Jak ktoś nie wiem jak do nich trafić - o 19.00 zbieramy się na przystanku Kościeliska na Radzymińskiej i idziemy skypować. Będziemy mieli telekonferencję z Kazaszkami - Jak trafić? - Tu jest mapa. A jakbyś się zgubił - dzwoń 502111992.
Będziemy też przygotowywać się do naszych następnych akcji:
Zgłosiło się już 8 osób by rozpocząć adopcję na odległość dzieci z Kenii! (Z radości aż dzwonił do nas o. Francis z Meru - wiecie jakie to niesamowite jadąc sobie samochodem do Kobyłki usłyszeć go w telefonie komórkowym;)?
Za tydzień jedziemy na Łotwę z ewangelizacją na zaproszenie i we współpracy z siostrami Dominikankami Misjonarkami. Będziemy tam od 29.11 do 6.12. Nasza baza będzie W Liepaji. Ale odwiedzać będziemy różne miasta. Spotkania będą i z dziećmi, i młodzieżą i z dorosłymi. Potrzeba ewangelizacji tam na pewno jest - choć kraj ten wydaje także piękne owoce chrześcijaństwa.
A na przełomie grudnia i stycznia jedna ekipa (i to całkiem spora) jedzie z Anią i księdzem Pawłem na Europejskie Spotkanie Młodych do Brukseli, a druga (ze mną i Diakonią Ewangelizacji) będzie prowadziła w Sulejówku Szkołę Ewangelizacji dla naszych młodych przyjaciół z Wilna, od nas z diecezji, a może jeszcze i z Ukrainy. Jakby ktoś ze wschodnich krajów chciał się jeszcze dołączyć - to zapraszamy: diakoniamisyjna@gmail.com .
Chcemy też podziękować i przypomnieć że wszelkie nasze działanie może być realizowane dzięki Waszej ofiarności. Dziewczyny i Przemek wyjechali do Kazachstanu dzięki Waszym ostatnim ofiarom i zostało jeszcze trochę - na tyle że może prawie wystarczy na ewangelizację na Łotwie. Potrzebujemy ciągle jeszcze wsparcia - teraz na przygotowanie jak najtaniej Szkoły Ewangelizacji dla młodych z Litwy, Ukrainy i Polski. Zachęcam byście przekazywali ofiary osobiście (tak jak ostatnio wspólnota z Wieliszewa - WIELKIE DZIĘKI) lub na konto fundacji - Ośrodek Fundacji Światło-Życie w Warszawie,dr J.Strusia 13A, 04-564 Warszawa, Pekao SA 11 1240 6175 1111 0000 4573 0157 z dopiskiem "na misje".
ks. Piotr

10.11.2008

VII Pielgrzymka KWC na Ukrainie – Miłość zwycięża!

Gródek. Niewielkie miasteczko, położone 52 km od Chmielnickiego, nad rzeką Smotrycz. Miejsce bardzo silnie związane z osobą śp.ks.Władysława Wanagsa. To właśnie ks.Wanags w 9 miesięcy wzniósł pierwszy kościół rzymskokatolicki w ZSSR. I w tym kościele w dn.25-26.10.08 odbyła się VII Pielgrzymka Krucjaty Wyzwolenia Człowieka. Tematem były słowa św.Pawła „Miłość zwyciężą!”
Rozpoczęła się ona wspólnym czajem w Domu Miłosierdzia. Już tam zaczęło się zawiązywanie wspólnoty ;), które swoją kontynuację miało w kościele, gdzie wspólnie modliliśmy się do Ducha Świętego. Następnie usłyszeliśmy słowo wstępne księdza biskupa Leona Dubrawskiego, przywitaliśmy gości z Polski – ks.Adama Wąsika, małżeństwo z Domowego Kościóła oraz p.Stasię i Kasię z Instytutu Niepokalanej Matki Kościoła.
Po przywitaniach obejrzeliśmy prezentację multimedialną o dziele KWC na Ukrainie i posłuchaliśmy konferencji ks.Jarosława Gąsiorka o krucjacie, jako o czynie miłości.
Po obiedzie była Droga Krzyżowa, której przewodniczył bp Jan Niemiec. W czasie rozważań słuchaliśmy poruszających świadectw członków Krucjaty.
Następnie uczestniczyliśmy w Eucharystii, celebrowanej przez bp Leona, podczas której była możliwość złożenia deklaracji KWC. Aż 65 osób włączyło się w dzieło Krucjaty Wyzwolenia Człowieka!
W czasie homilii bp Leon przypomniał, że trzeba zawsze mieć przy sobie różaniec.:) oraz zachęcał małżeństwa, by odważnie decydowały się na kolejne dzieci –za wzór podał historię pewnego Ukraińca, który, gdy urodziło mu się dziesiąte dziecko był szczęśliwy, jakby to było pierwsze. Bardzo mi utkwiły te słowa w pamięci.
Wieczorem na placu przed kościołem odbyła się zabawa bezalkoholowa. Miała ona na celu propagowanie zabaw w duchu Nowej Kultury. Bawili się wszyscy – młodzież, dorośli, księżą i biskupi :)
Sobotnia część pielgrzymki zakończyła się projekcją filmu „Karol, papież, który pozostał człowiekiem” oraz nocną adoracją Najświętszego Sakramentu.
W pielgrzymce wzięło udział ok. 300 osób: głównie małżeństwa z Domowego Kościoła, oraz młodzież i dzieci.
Bardzo ucieszyła mnie obecność na Pielgrzymce bp Leona i bp Jana. Myślę, że była ona cenna dla wszystkich uczestników. Obaj biskupi są członkami KWC, a ich zaangażowanie i poparcie dla dzieła Krucjaty pokazuje i daje potwierdzenie ludziom, że walka o wyzwolenie narodu z alkoholizmu jest na Ukrainie potrzebna!

Za dzieło KWC na Ukrainie, za wszystkich jej członków – Chwała Panu!

Elwira.

UKRAINA - kilka słów z perspektywy czasu

Слава Ісусу Христу!
Sława Isusu Chrystu!

Uczestnictwo w pielgrzymce KWC na Ukrainie skłoniło mnie do refleksji na temat mojego życia w Gwardijsku.

Czym był dla mnie półroczny pobyt w Gwardijsku?
Ogromnym darem od Boga. Gdy decydowałam się na wyjazd na Ukrainę, nie przypuszczałam się, że tak wiele otrzymam. W końcu jechałam dawać, robić coś dla innych...

Życie w Gwardisjku to zupełnie inne życie.. Inne rzeczy nabierają sensu, inne rzeczy są ważne, a to, co do tej pory ważnym się wydawało – traci na wartości..
Życie powoli, pomimo pośpiechu.
Codzienna Eucharystia, modlitwa brewiarzem i klucz do kościoła, To to, co dawało siłę. Klucz do kościoła – coś niesamowitego! W każdej chwili można było wejść do środka, usiąść, pomodlić się. Po prostu z Nim pobyć. Takie zwykłe bycie z Chrystusem, który przez cały czas czekał.

Jedne wielkie rekolekcje.

Chrystus uczył mnie zawierzania się Jemu.
Doświadczał. I z tym, co najtrudniejsze, pozostawiał mnie „samą”. Uczył, żeby z tym, co ciężkie, nie biec do drugiego człowieka, tylko do Niego. By nie szukać poratunku u ludzi. Bo ludzie nie są doskonali. Raz są, a raz ich nie ma. Raz wyciągną do ciebie rękę, a raz odwrócą się plecami. A Chrystus jest cały czas. I cały czas trzyma wyciągniętą do Ciebie dłoń.
Pokazywał mi, że cierpienie przeżywane w „ludzkiej” samotności, w dialogu z Nim ma większą wartość.

Uczył, by nie wołać: „Proszę, zmień to! Zrób tak i tak.” Uczył zawierzenia Jego Miłości. Z której wynika wszystko. Przylgnięcia do Niego. By mój ból zmieszał się z Jego Bólem..

„Пригорни мене до Своїх Ран, Любов з Них витікає. Й цього досить. Не мусиш мєняти вже нічого. Тільки міцно пригорни”

„Przytul mnie do Swoich Ran z których płynie Miłość. I to wystarczy. Nie musisz już zmieniać nic. Tylko mocno przytul mnie.”

Bóg uczył mnie bezgranicznego polegania na Nim. On ma swoje sposoby, by udowodnić upartemu człowiekowi, że On wie lepiej co jest dla niego dobre. Pokazywał mi, że to co ja chcę, przy czym się upieram, nie zawsze jest dla mnie korzystne. Wystarczy Mu zaufać, uwierzyć, że Jemu naprawdę zależy na tym, żebyśmy byli szczęśliwi!
Zaufać mu i pozwolić działać. Bo wszystkie wysiłki podejmowane bez Niego nie maja większego sensu... A Bóg, jeśli tylko idziemy z Nim, nie zostawi nas bez pomocy. Daje nam więcej łask, niż się spodziewamy, więcej, niż potrzebujemy...

Bóg uczył mnie służby. Pokazywał czym ona jest. Uczył, że nie jest ona realizowaniem siebie. Swoich ambicji. Sposobnością do realizowania mojego „chcę”. Podejmować służbę nie wtedy, kiedy mi się chce, kiedy coś umiem, kiedy jestem przygotowana. Służba nie ma rozwijać pychę, tyko uczyć pokory. I nie jest najważniejsze, czy mi się uda; ważne, żeby podjąć tę służbę.

Uczył pokory i posłuszeństwa. Pokonywania siebie i zapominania o sobie. Uczył walki...

Zdecydowanie nie był to łatwy czas. Bo rzadko kiedy odkrywanie prawdy o sobie jest łatwe przyjemne. Pojawiały się chwile zwątpienia. Pytania – co ja tu robię? Pomysły, by spakować się i wrócić. Ale myśli te znikały, gdy widziałam uśmiechy na buźkach naszych dzieci.

By widzieć ich roześmiane twarze, warto było znosić wszystkie trudy.. Dla tych dzieci, które tak bardzo potrzebowały zainteresowania, zwykłego pobycia z nimi, zabawy, miłości, dla ich radości warto było zostawić na pół roku dom, przyjaciół, uczelnię.

Oczywiście Bóg nie szczędził dobrych i radosnych chwil. :) Każdego dnia wlewał w moje serce ogromną radość. Z tego, że mogłam tam być. Radość z poznawania ludzi, ich życia, ich problemów. Radość z tego, że mogłam tworzyć z tymi ludźmi Wspólnotę. Kościół.
Radość z czasu spędzonego z dziećmi.
Radość z tego, że mogłam zrobić coś dla kogoś innego. Choćby przygotować kolację. Czy uprasować komuś koszulę.
Radość ze zdobywania nowych umiejętności.
Radość z piękna przyrody, z przepięknych zachodów słońca, z rozgwieżdżonego nieba, ze śpiewów żab. :)
Radość z każdego dnia.

Co było najtrudniejsze? Powrót. Pozostawienie wszystkich niezwykłych ludzi. Ludzi,którzy mnie urzekli, których pokochałam, którzy na zawsze pozostaną w moim sercu.
Opuszczenie miejsca, w którym czułam się tak dobrze. Miejsca, w którym widać i czuć, że tym, co łączy cegły Kościoła, jest Miłość.
Miejsca, w którym otrzymałam tak wielką szkołę życia. I szkołę kontaktu z Bogiem. :)

За все: Слава Богу!
Za wszystko: Chwała Panu!

Elwira

6.11.2008

Adopcja na odległość - dzieciaki z Kenii czekają!




Witajcie!
Diakonia Misyjna rusza z propozycją adopcji na odległość dzieci z parafii od zaprzyjaźnionego z nami o. Francisa z Kenii. Każdy moze adoptować dziecko na określony czas lub do jego pełnoletności.
Zapraszam na bloga poświęconego adopcji na odległość, oraz do zaangażowania się w tę akcję. Więcej informacji, zdjęcia prosto z Kenii, kontakt dla zainteresowanych na blogu adopcji na odległość.




Zapraszam gorąco,
Kasia Januszewska
diakonia misyjna

4.11.2008

Przygodę z Kazachstanem czas zacząć!


Привет !

No więc dotarłem i ja! Ku mojemu zdziwieniu i radości podróż samolotem przeżyłem (a zaklinałem się kiedyś,że nigdy w życiu nie wsiądę do maszyny, która unosi się nad ziemią wyżej niż kolejka w lunaparku). A tu proszę - niespodzianka - spodobało mi się i aż nie mogę się doczekać powtórki z rozrywki.
Generalnie wszystko poszło gładko, oprócz małej wpadki na lotnisku w Atyrau (cóż, po całym dniu podróży, w dodatku o 5 nad ranem, człowiek już zupełnie nie kontaktuje i jakaś mała - aczkolwiek niezwykle ważna jak się okazuje - karteczka, mogła się gdzieś zapodziać), ale lepiej nie opowiadać szczegółów, bo przez chwilę było naprawdę nieciekawie, najważniejsze że w porę zjawił się ksiądz biskup Janusz i sprawę załatwił (a jak to poczynił niech pozostanie naszą słodką tajemnicą).

Następny dzień był dla mnie szokiem i swego rodzaju „wstrząsem cywilizacyjnym ”, bowiem Jowita i Justyna zabrały mnie na wycieczką krajoznawczą po Atyrau, które w rzeczywistości wygląda trochę inaczej niż to miasto ze szklanymi domami jakie sobie przyśniłem. Ale nic to. Drzewo na środku asfaltowej drogi zrobiło oczywiście na mnie wrażenie (nie wiem czy podziwiać u miejscowych architektów i inżynierów kreatywność, poczucie humoru czy też miłość do przyrody, pewne jest jednak, jak słusznie zauważyła Justyna, że drzewa widocznie są tutaj cenne),ale nietęgą minę miałem jeszcze bardziej, kiedy zobaczyłem na własne oczy ten ruch na ulicy, o którym już słyszałem tyle od Kasi i Natalii. Zbyt wielu świateł , znaków drogowych, pasów itp. w Atyrau nie uświadczysz. Nie wiem czy mają tu w ogóle jakieś przepisy drogowe, może tylko jeden: „kto pierwszy, ten lepszy”.
Wielki szacun dla tych, którzy przez jezdnię potrafią przejść bez uszczerbku na zdrowiu, tudzież psychice. Przez cały rok w Polsce nie słyszałem tylu klaksonów co tutaj w ciągu jednego dnia. Ale póki co żyję, więc nie ma powodów do narzekania.
Dziewczyny zabrały mnie na chwilę do Azji (*), gdzie podziwialiśmy muzułmańską szkołę (która zresztą okazała się być Domem Kultury) i mundurki wracającej do domu młodzieży (choć jeszcze większe wrażenie robią fikuśne kokardy jakie na włosach noszą małe dziewczynki i zuniformizowane czepki sprzedawczyń na bazarze).
Nasz rekonesans zwieńczyło przejście przez Plac Zwycięstwa (**) i wizyta w supermarkecie (płaci się tu tengmi, naprawdę fajne banknoty, kolorowe, pstrokate, w dodatku produkowane w polskiej mennicy).
Atyrau, to na pierwszy rzut oka miasto jak każde inne. Widać, że są dzielnice biedniejsze i te bardziej reprezentatywne. Jak słusznie zauważyły dziewczyny, charakterystyczne są rury z gazem, umieszczane wysoko nad ziemią, tworzące misterne wręcz konstrukcje. Generalnie mam wrażenie, że Atyrau to wielki plac budowy.

Wieczorem mogłem uczestniczyć w pierwszej Eucharystii po rosyjsku, z której wprawdzie niewiele zrozumiałem ,ale była ona dla mnie ważnym przeżyciem, gdyż zobaczyłem tutaj Żywy Kościół, wprawdzie nieliczny wciąż, a jednak Kościół, który niejedno już przeszedł. Przykuł moją uwagę witraż z wyobrażeniem „babuszek”- kobiet,

które w czasach komunizmu, gdy nie było tu kapłanów, przekazywały wiarę, strzegły jej, prowadziły w domach modlitwy i odprowadzały zmarłych na cmentarz. To dzięki takim osobom jak one, przetrwała tu wiara katolicka i mógł się odrodzić Kościół. Z jedną z nich we Wszystkich Świętych i w Dzień Zaduszny odwiedziliśmy cmentarz w Atyrau. Jest to cmentarz „zbiorczy”, dla wszystkich religii oprócz islamu. Na wszystkich grobach (ogrodzonych żelaznymi kratami) widnieją portrety. W większości są to groby prawosławnych, więc w tych dniach nie ma takich tłumów jak u nas w Polsce. A już z pewnością nie ma tu pokazów zniczy i konkursów na największą wiązankę. Tym bardziej było to dla mnie dojmujące doświadczenie.

We wtorek będę już w Chromtau, więc te kilka dni w Atyrau były mi bardzo potrzebne, trochę już bowiem poznałem tutejszą mentalność i kulturę, a właściwie mieszankę kulturową. Można by powiedzieć, że tutaj dopiero widać cały Kościół, jego powszechność, otwartość i różnorodność! Są tu bowiem Rosjanie, Kazachowie, Polacy, Koreańczycy, Amerykanie, Włosi .... Potrzeba jednak dużo modlitwy za ten Kościół, więc różańce w ręce!

Ks. biskup Janusz i ks. Piotr robią tu kawał dobrej roboty, podobnie zresztą jak siostry Elżbietanki no i oczywiście Jowita z Justyną, które właśnie w tym tygodniu zaczynają prowadzić lekcje angielskiego, teraz więc pilnie się do nich przygotowywują. Ja natomiast muszę się żegnać z tym miejscem, więc następnym razem napiszę już z Chromtau.

Pozdrawiam
Przemek

* ponoć Ural jest granicą między dwoma kontynentami, ale według mnie to tylko ściema (Keine grenzen!)
** Oczywiście chodzi o zwycięstwo z 1945 r., które zakończyło wojnę, trwającą - przynajmniej według projektantów placu - od 1941 r. (sic!)

3.11.2008

…. a gdzie można poznać fajnych Hiszpanów? czyli: a czemu by się tak nie wybrać do Brukseli:)


Spotkanie młodych Taizé to:
- świetna okazja do wspólnej modlitwy z tysiącami młodych Europejczyków
- możliwość podzielenia się z innymi swoją wiarą i poznanie jak młodzież z różnych krajów buduje swoją relacje z Jezusem Chrystusem
- doświadczenie jak funkcjonuje Kościół w innych państwach
- nowe znajomości, które na przyszłość ciekawie się rozwijają.. ( patrz: posty z Hiszpanii..)
- zwiedzanie Brukseli za niewielkie pieniądze:)

Wiadomo, podróże kształcą, a tym bardziej takie!

Dlatego serdecznie zapraszam na tegoroczne spotkanie młodych, które będzie się odbywało 29 grudnia- 2 stycznia w Brukseli
Nasza grupa wyjeżdża 28 grudnia, w godzinach popołudniowych spod Kościoła św. Anny. Powrót 3 stycznia rano. Koszt ok. 300 zł za transport, plus 50 Euro wpisowe (w tej kwocie mieszczą się bilety komunikacji miejskiej do poruszania się po Brukseli, posiłki, zakwaterowanie)
Można się zapisywać do 17 listopada, albo bezpośrednio do mnie ( milord48@wp.pl) albo w Kościele Św. Anny w każdy poniedziałek o 19.30. 300 zł wpłacić trzeba do 10 grudnia, resztę kwoty już w Brukseli

Ps. Nie odkładaj decyzji z wyjazdem na Taizé na następny rok… Za rok może być już za późno.. < Spotkania są organizowane dla ludzi tylko do 35 roku życia;-) >

Więcej informacji na stronie Taize.

29.10.2008

Bo Hiszpanie fajni są

To już prawie pół roku minęło od naszych rekolekcji w Hiszpanii.. Ale ciągle są one żywe w naszej pamięci! Tym bardziej teraz, kiedy dotarł do nas filmik, który powstał podczas naszego pobytu, a który swojego czasu nawet ukazał się w lokalnej telewizji.. Bo Hiszpanie fajni są?

Landwarów owocuje :)

Na św. Franciszka młodzież z siostrą przygotowała pantomimę, którą pokazywaliśmy im w Wielkim Poście. Jak widać oni coś robią:D Nie są to ludzie (w większości), którzy przychodzą na spotkania oazowe, ale przecież nie taki był cel rekolekcji. Cieszy mnie to, że nie siedzą cicho, a korzystają choćby z tego. No i dzięki temu innym głoszą też Pana Jezusa i Jego miłość. :D


A oto filmik przedstawiający ich dzieło :)


Jeśli chodzi o Oazę na Litwie, to założyli nawet bloga

i można porozmawiać z nimi na gronie.


r.

26.10.2008

Spotkanie z konferencją na podstawie "Redemptoris misssio"


W ostatni poniedziałek odbyło się kolejne spotkanie naszej diakonii. Tydzień misyjny natchnął nas do przyjrzenia się bliżej tematowi Misji. Ksiądz Piotr przytoczył nam fragmenty encykliki Redemptoris missio Jana Pawła II, w której papież podkreśla, że wśród form uczestnictwa w misjach „pierwsze miejsce zajmuje współpraca duchowa: modlitwa, ofiara, świadectwo życia chrześcijańskiego. Modlitwa winna towarzyszyć misjonarzom na ich drodze, aby głoszenie Słowa odniosło skutek dzięki łasce Bożej.”

Modlitwa powinna być motorem wszelkich naszych działań misyjnych!

Dalej Papież w swoje encyklice podkreśla, że „misjonarzowi w jego ofierze winni towarzyszyć wierni i podtrzymywać go własną ofiarą. Przez taką ofiarę stają się również sami misjonarzami, jak podkreślają pewne stowarzyszenia powstałe wśród nich i dla nich.” Wzorem Świętej Tereski, szczególnie my jako diakonia powinniśmy wspierać modlitwą i swoją ofiarą misjonarzy, zwłaszcza tych z naszego podwórka ( pozdrawiamy Kazachstan :).

Ta młoda święta cytując pewnego uczonego powiedziała kiedyś: "Dajcie mi dźwignię i punkt oparcia, a ruszę z posad ziemią".. Za punkt oparcia mamy SAMEGO WSZECHMOGĄCEGO, za dźwignię: modlitwę, która wznieca ogień miłości. I w ten sposób możemy podźwigać świat!

Dlatego na koniec spotkania odmówiliśmy wspólnie różaniec, oddając w ręce Naszej Matki całe dzieło misyjne!


Ps. Na koniec ogłoszenia dla wszystkich lubiących podróżować- Jan Paweł II w swojej encyklice dodaje: „Turystyka o charakterze międzynarodowym jest już dziś masowym zjawiskiem. Jest ona faktem pozytywnym, jeśli uprawia się ją z nastawieniem pełnym szacunku dla wzajemnego ubogacenia kulturalnego, unikając ostentacji i rozrzutności, szukając kontaktu z ludźmi. Od chrześcijan wymaga się przede wszystkim świadomości, że winni być zawsze świadkami wiary i miłości Chrystusowej. Również bezpośrednia znajomość życia misyjnego i nowych wspólnot chrześcijańskich może wzbogacić i ożywić wiarę. Zasługuje na pochwałę odwiedzanie placówek misyjnych, zwłaszcza przez młodych, którzy udają się tam, by służyć i doświadczyć prawdziwego życia chrześcijańskiego.”

No to co?
Do Różańców i w Świat!!:)

Polecamy lekturę całej encykliki:
http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/jan_pawel_ii/encykliki/r_missio_2.html
i książki św. Tereski od Dzieciątka Jezus „Dzieje duszy”

Następne spotkanie 24 listopada o 19 na Zaciszu, będziemy
łączyli się wtedy z naszym Kazaszkami! serdecznie zapraszamy!

22.10.2008

Kościół Katolicki jest w lesie....

...czyli o Misterium Kościoła odnalezionym w amazońskiej dżungli.


„Kościół to nie tylko dom z kamieni i złota. Kościół żywy i prawdziwy to jest serc wspólnota.” – po raz kolejny tą prawdę mogłam odkryć będąc gościem na misji w Novo Airao.
Do księdza Jana Sopockiego przybyliśmy wraz z moim, wtedy jeszcze chłopakiem w niedzielę 24 sierpnia.
Na pierwszej niedzielnej Mszy Świętej, stojąc wśród osób, których nie tylko nie znałam, ale, z którymi nawet nie potrafiłabym się porozumieć (poza zapytaniem o drogę), doszła do mnie myśl o wielkości i wspaniałości Kościoła. Pierwszą i najważniejszą Osobą, która nas jednoczyła był Jezus. W czasie Eucharystii przecież dokonuje się największy cud i wszyscy, bez względu na pochodzenie przyszliśmy po to by w nim uczestniczyć. Wszelkie bariery językowe nie miały wtedy żadnego znaczenia - gazetka z tekstem Liturgii nagle była zrozumiała, pomimo tego, że potrafilibyśmy przetłumaczyć co piąty wyraz i to bardziej na zasadzie domysłów. Słowo Boże nie pozostawiało żadnych wątpliwości: moja Ecclesia Mater, zbudowana na skale, jaką jest Piotr, przerasta wspaniałością i pięknem wszelkie wyobrażenia, a to z prostej przyczyny – jest wspólnotą wiary.
Kiedy byliśmy już w trakcie podróży, najpierw płynąc Rio Negro, następnie jej dopływem – Rio Jau, mogliśmy przyjrzeć się pracy misjonarza, można powiedzieć „od podszewki”. Sześć dni spędzonych wspólnie na barce, spotkania z Caboclos, Msze Święte – okazało się, że faktycznie misjonarz musi być człowiekiem „z głową na karku”, mocno stojącym na ziemi i wzrokiem utkwionym w Chrystusa. Gdy przychodziła taka potrzeba, ksiądz Jan zmieniał się: kiedy mieliśmy uszkodzony silnik – w mechanika; kiedy oczekiwaliśmy mieszkańców wspólnot – w muzyka z harmonią; kiedy mieliśmy pytania – w tłumacza; kiedy poszukiwaliśmy i oglądaliśmy kajmany – w osobę dbającą o nasze bezpieczeństwo. W każdym z tych momentów był przede wszystkim kapłanem – niesamowite było dla mnie jego świadectwo o powołaniu – człowiek powołany do miłości, do miłości Kościoła.
Wszędzie gdzie przybywaliśmy, byliśmy witani z niezwykłą otwartością. Przyjazd księdza z Polakami bywa niezbyt częstym wydarzeniem. Coboclos podkreślali wagę takich spotkań poprzez zakładanie, dla nas mogłoby to się wydawać zwykłych, jednak dla Brazylijczyków żyjących w Amazonii - odświętnych strojów.
Mieliśmy także szczęście i zaszczyt uczestniczyć w sakramentalnym włączaniu dzieci do wspólnoty Kościoła. 29 sierpnia byliśmy świadkami dziesięciotysięcznego Chrztu Świętego na tych ziemiach, od kiedy są tam polscy misjonarze. Eucharystię przeżywaliśmy wówczas po raz pierwszy jako narzeczeństwo. I tutaj znów ukazała się powszechność Kościoła: po Komunii, przed rozesłaniem, otrzymaliśmy uroczyste błogosławieństwo, natomiast po zakończeniu Mszy Świętej, Caboclos poprzez pieśni modlili się nad nami wstawienniczo.
Kiedy teraz patrzę na ten czas spędzony w Brazylii, konkretniej czas na misji w Amazonii, to jedno jest dla mnie pewne – nie była to żadna turystyka, ani „wolny wyjazd”, to była przygoda i rekolekcje.
Z jednej strony zupełnie inny świat, kultura, klimat, ludzie, dzikie zwierzęta, gęsta dżungla, z drugiej zaś mając świadomość powszechności Kościoła czułam się jak w domu i to, co było dla mnie „inne” i „nieznane” nie sprawiało, że byłam zagubiona, ale przeciwnie: otwarta na bogactwo świata, który pokazywał mi Pan Bóg.

Anna Dowejko

Fragmenty tekstu przygotowanego dla „Horyzontów Misyjnych”

21.10.2008

Kazachstan, czyli kraina błotem i ropą płynąca...

Zdrawstwujtie!
Pewnie jesteście ciekawi, co u nas?
Nadejszła wiekopomna chwila, żeby zaspokoić waszą niezdrową i przysparzającą, o wrzody żołądka ciekawość.
Tak więc, że tak powiem piszemy tego posta z pokoju oblężonego przez hardy złowrogich żądnych krwi komarów. Ataki tych mieszkańców naszego domu (czytaj plebani) są jawnym prześladowaniem chrześcijan na wschodzie – „ale nic to”* dla harcerzy takich jak my którymi nigdy nie byłyśmy!
Podróż przebyłyśmy bez większych przeszkód nie licząc kilku z nich, które w zasadzie możemy nazwać swoistego rodzaju przygodami, które zostaną tajemnicą, żeby nie zepsuć do końca dobrego zdania o nas – mamy nadzieję, że większość z was takowe jeszcze posiada. W tym miejscu pozdrawiamy Natalię R. i ks. Piotra. G., którzy to dobrowolnie przez swoją decyzję i chęć odwiezienia nas na lotnisko, podjęli w naszej intencji post od snu, na czas naszego pobytu w Atyrau – czytaj najbliższe 9 miesięcy – ciekawe, co się z tego urodzi (zachęcamy do włączenia się do tego dzieła).
Po 23 godzinach podróży wylądowałyśmy, że tak zacytujemy – w ten dzień, który przywitał nas ulewą**. W zasadzie stwierdzenie o tym, że był to dzień jest lekkim nadużyciem, albowiem była 4 w nocy (z tego miejsca pozdrawiamy wszystkich wstających o tak nieprzyzwoitych godzinach – zwłaszcza ks. bp. Janusza K.).
Po przyjeździe na plebanię (czytaj tu mieszkamy) i herbatce zakrapianej ciasteczkami straciłyśmy świadomość, odzyskałyśmy ją o godzinie 2 w dzień, za przyczyną księdza Czarka krzyczącego przez drzwi, że za 10 minut obiad. Zjadłyśmy, więc obiad na śniadanie wraz z całą załogą obecną na pokładzie (czyt. Ks. biskup, ks. Piotr – proboszcz tużyjca, ks. Czarek – proboszcz przyjezdny, tata ks. biskupa i Aleg – też tużyjca tylko nie ksiądz).
Zwiedziłyśmy teren plebani i dom sióstr elżbietanek ze świetlicą dla dzieciaków. Zagrałyśmy z 3 z nich w twistera, starając się skoordynować wszystkie nasze kończyny z rozpoznaniem, które z nich są lewe a które prawe (Jesteśmy w kościele katolickim tu nie liczy się prawo, ale wiara!). Poznałyśmy Mrs. K., tytana nauczania angielskiego na miejscu i władcę wszelkich zmaterializowanych pomocy naukowych w tej parafii, której majątku już wkrótce naukowego staniemy się dziedzicami****.
Następnie była msza po rosyjsku – wysiliłyśmy wszystkie nasze lingwistyczne muskułki ażeby nadążyć za tekstem ale niestety odpowiadałyśmy tylko amen i alleluja i Panie złój się nad nami, ale nie pamiętamy jak to leciało więc nie zacytujemy, ale za to wprowadziłyśmy polski element na różańcu (różaniec = 2 części po angielsku + 2 po rosyjsku + 1 po polsku – my prowadziłyśmy, ale nas prześcignęli, bo każdy dopasowywał „święta Mario” według własnych preferencji językowych).
Jeżeli chodzi o dziśdzień to bawiłyśmy się wstawianiem zdjęć na stronę parafii, byłyśmy z biskupem w urzędzie gdzie wojskowi noszą czapki, które chronią od deszczu, śniegu i słońca oraz wiatru (namiot jednogłowy). Biskup obiecał Justynie, że może taką kupić tylko będzie mogła w niej chodzić jedynie we własnym pokoju, bo nie zmieści się we framugi, a na przebudowę jeszcze za wcześnie.
Uczyłyśmy się też rosyjskiego (oćeń!).
Na koniec zabrakło prądu i była kolacja przy świecach z bardzo pouczającą dyskusja o życiu biskupa Turkmenistanu i życiu tutejszej diecezji.
I tak minęła noc i poranek dzień pierwszy i drugi a Bóg wiedział, że były dobre.
A teraz okazało się, że Justyna ma zadymę w pokoju, bo zajął się, odkomarzacz (zajął się spaleniem się i zglijowaniem plastiku na wierzchu – cóż każdy ma jakieś zajęcia).
Ściskamy w pionie i w poziomie

Justyna i Jowita


*jak mówi Pan Wołodyjowski
** por. Kult „Dziewczyna bez zęba na przedzie ***
*** skryptor jest trochę głupi i ma niezdrowe skojarzenia
**** - czkami (brzmi jak odgłos czkawki) – wersja dla feministek,
****których nasza padruga Ania D. nie lubi...

PS. Na przyszłość obiecujemy, że postaramy się pisać nieco krótsze posty :)

19.10.2008

Niedziela Misyjna - dziewczyny juz odleciały do ciepłych krajów:)

Dziś Niedziela Misyjna. Módlmy się też za nasze wolontariuszki - Jowitę i Justynę, które już są zjadane przez komary w Kazachstanie. Uroczyście z niespodzianką i podarunkami pożegnane zostały przez przyjaciół w Warszawie. W czwartek 16.10 - w rocznicę wyboru Karola Wojtyły "z dalekiego kraju" odwieźliśmy dziewczyny do Berlina skąd poleciały do jeszcze dalszego kraju by dzielić się Chrystusem.
Były już pytania od kogoś z młodzieży miejscowej: kiedy będą, jak mają na imię ("o jak dziwnie"), jakie są - czyli były oczekiwane - poprzedniczki rozbudziły oczekiwania:) Oby przez nie tez Pana Jezusa było widać. Juz niedługo - pierwsze wiadomości od nich!!!
W drodze powrotnej z Berlina zajechaliśmy do Łodzi gdzie Przemek został posłany przez tamtejszego Moderatora Diecezjalnego ks. Piotra Pirka i zawiązującą się łódzką Diakonię Misyjną na służbę do Administratury Atyrau. Odleci on tam mniej więcej za dwa tygodnie.Mamy więc wiele powodów do modlitwy za misje. Zachęcam do wieczornego "Zdrowaś Maryjo" w każdej z tych intencji. A ponieważ intencji się nazbierało - to zachęcam do codziennej dziesiątki różańca po 21.00 (kiedy zrozpaczone i stęsknione wolontariuszki będą chlipały w brzuchy miśków otrzymanych od przyjaciół na pożegnanie - chyba że celnicy je zabrali...).
Oto 10 intencji: 1.za Jowitę, 2.za Justynę, 3.za Przemka, 4.o nowe powołania misyjne, 5.za przygotowywaną ewangelizację na Łotwie, 6.za przygotowywaną Szkołę Ewangelizacji dla młodzieży ze wschodnich krajów, 7.za przygotowywaną Adopcję na Odległość, 8.za naszego biskupa Henryka, 9.za nowo powstającą Diakonię Misyjną w Łodzi, 10.o rozwój naszej diakonii.
A nasze najbliższe spotkanie odbędzie się już jutro - 20 października o godz. 19.00 w tym samym miejscu co zwykle - w parafii MB Nieustającej Pomocy przy ul. Nobla na Saskiej Kępie nad zakrystią.
Szukamy animatorów chłopców i małżeństwa z DK na ewangelizację na łotwie w dn. 29.11-6.12.(może być krócej)

14.10.2008

Październikowe spotkanie i pożegnanie "Kazaszek"


Najbliższe spotkanie Diakonii Misyjnej odbędzie się jednak 20 pażdziernika o godz. 19.00 w tym samym miejscu co zwykle - w parafii MB Nieustającej Pomocy przy ul. Nobla na Saskiej Kępie nad zakrystią.

Niestety - nie będzie tam już z nami nowych kazachskich wolontariuszek.
Pobłogosławiliśmy na ostatniej Szkole Animatora 4.10 Jowitę i Justynę do pracy w Kazachstanie. Moderator Diecezjalny wypowiedział nad nimi szczególne błogosławieństwo w czasie mszy świętej i dostały nasze oazowe krzyże misyjne ("Foski";). Zobowiązaliśmy się do codziennej modlitwy za nie (przynajmniej jedno "Zdrowaś Maryjo") i dziewczyny się pakują.
W czwartek z rana odwozimy je do Berlina, a potem już tylko Moskwa i Atyrau. Dziękujemy za wsparcie finansowe wszystkich ofiarodawców. Dzięki Wam możliwa jest ta podróż i służba. Zapraszam teraz do pamięci o dziewczynach w modlitwie i w korespondencji internetowej. Wracając z Berlina mamy nadzieję uczestniczyć w pierwszym spotkaniu powstającej w Łodzi Diakonii Misyjnej tamtejszej Archidiecezji. "Magnificat"!!! Potrzebna jest tam ta diakonia gdyż Przemek, który wyjedzie pod koniec października także będzie potrzebował wsparcia "swoich".

9.10.2008

Halinów ubezpiecza misje :)

W niedzielę 5 października byliśmy z ks. Piotrem w parafii NMP Matki Łaski Bożej w Halinowie, żeby opowiedzieć co nieco o Kazachstanie i pokazać trochę zdjęć. Z ofiar parafian zebrało się 1170 zł - mniej więcej tyle kosztuje ubezpieczenie Justyny i Jowity - kolejnych "Kazaszek".

Okazuje się, że parafia już od dawna wspiera misje, m.in. poprzez dzieło adopcji na odległość oraz regularną modlitwę. Ponadto wśród dzieci i młodzieży prężnie działa wolontariat, który od pierwszych klas podstawówki kształtuje w nich otwarte serce i ręce chętne do niesienia bezinteresownej pomocy.

O adopcji na odległość niebawem przeczytamy więcej...

Tymczasem - Bóg zapłać parafianom z Halinowa za ubezpieczenie misji :) (Zachęcam do plagiatu w innych parafiach)

Kasia